wtorek, 22 sierpnia 2017

Nowość Sylveco - Detoksykujące mydło naturalne z drobinami korundu i węglem aktywnym :)

Bardzo lubię mydła w kostkach i długo czekałam na moment, gdy jedna z moich ukochanych firm, produkujących naturalne kosmetyki – Sylveco, wypuści swoje mydełka. Na blogu pisałam już o lawendowym mydle Biolaven, dziś zaś Detoksykujące mydło naturalne z drobinami korundu i węglem aktywnym.


Mydełko wygląda pięknie, ujęło mnie wizualnie, pomimo pokaźnej kostki (120 g), jest poręczne, dobrze trzyma się je w dłoni, na górze wygrawerowano logo Sylveco, świetnie prezentuje się w łazience. Opakowano go w kartonik o przyjemnych, szałwiowych grafikach oraz dodatkowo w szary papier.


Mydło zawiera drobiny korundu, inaczej kryształy tlenku glinu, które świetnie wygładzają i ścierają martwy naskórek. Jest tu też węgiel aktywny, czarny diament, silnie oczyszcza skórę, ale działa też antybakteryjnie i ściągająco, wygładza skórę, wyrównuje jej koloryt i opóźnia starzenie. Prócz tego mydło wzbogacają olej kokosowy, masło shea, oliwa z oliwek, olej rycynowy, olej sojowy, olejek miętowy i olejek z szałwii hiszpańskiej, które nadają kosmetykowi pięknego zapachu, zatem skład cudo!


Oleje działają kojąco i gojąco, ale również bardzo intensywnie nawilżają, wygładzają i regenerują skórę, zawierają one cenne kwasy tłuszczowe, są też silnym przeciwutleniaczem, zatem mydło działa również przeciwstarzeniowo i genialnie oczyszcza, pielęgnuje, lekko peelinguje, masuje, a zarazem nawilża i odżywia, przy czym nie wysusza mojej skóry.


Detoksykujące mydło pieni się kremową pianą, która nie podrażnia, doskonale myje, nawilża i genialnie oczyszcza, jest idealne w każdym calu, jeśli jeszcze go nie próbowaliście, koniecznie musicie je poznać, to istny mydlany hicior!


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Błonnik + żywe kultury bakterii – Błonnik Oleofarm – Moja kuracja - Wpływ błonnika na nasze zdrowie :)

Mówi się, że jelita, to nasze drugie serce, czy też drugi mózg, są one niesamowicie ważnymi narządami, regulującymi i wpływającymi na nasze zdrowie i codzienne samopoczucie. 


Błonnik + żywe kultury bakterii polskiej firmy Oleofarm, do której mam duże zaufanie, znakomicie wzbogaca moją codzienną dietę, a przyjmowany regularnie, daje już efekty po 2/3 dniu stosowania, można go kupić w aptekach, widziałam też w dobrej cenie w Piotrze i Pawle. Otrzymujemy go w zabezpieczonym strunowo opakowaniu o masie 350 g, ozdobionym grafikami w odcieniach zielonych, ładny i schludny design ładnie wizualnie prezentuje się na mojej kuchennej półeczce. Na opakowaniu znajdziemy wyczerpujące informacje o samym błonniku, jak i stosowaniu i składnikach.


Błonnik przyjmuję dwa razy dziennie, około pól godzinki przed jedzeniem, odmierzam jedną, czubatą łyżeczkę i mieszam go ze 100 ml letniej wody, po czym zaleca się wypić jeszcze jedną szklaneczkę wody, jak i w czasie całego jego stosowania, należ pić dużo wody. 


Jakie składniki znajdziemy w preparacie? Jest to mieszanka roślinna, błonnik ma sproszkowaną formę, są tu mielone nasiona lnu zwyczajnego, łuski babki jajowatej, błonnik jabłkowy, inulina,  maltodekstryna (polisacharydy) i żywe kultury bakterii Lactobacillus rhamnosus LGG. Po zmieszaniu błonnika z wodą, powstaje całkiem smaczna mieszanka, o zapachu nieco jakby orzechowym.


Jest to preparat, który wspaniale wpływa przede wszystkim na funkcjonowanie jelit, ale także całego naszego układu pokarmowego, co przekłada się na lepsze samopoczucie i dobre trawienie. Błonnik, to bogactwo związków mineralnych i witamin, wspomaga diety odchudzające, ale przede wszystkim wspaniale oczyszcza organizm, to detox idealny, będę zatem na pewno do niego wracać. 


czwartek, 17 sierpnia 2017

Ruchome piaski – Malin Persson-Giolito - Wydawnictwo Czarna Owca – Szwedzki, kryminalny thriller doskonały!

Jeśli tak jak ja, jesteście rozkochani w literaturze skandynawskiej, a jej specyficzny, jedyny w swoim rodzaju, często bardzo mroczny i intrygujący klimat, powoduje, iż po książkę sięgacie w ciemno, dzisiejsza recenzja, jest zdecydowanie dla Was!


Premiera: 2 sierpnia 2017
Wydawnictwo: Czarna Owca
Tytuł oryginalny: Störst av allt
Tłumaczenie: Wojciech Łygaś
Oprawa: okładka miękka
Ilość stron: 456


Powieści autorki Ruchomych piasków, Szwedki Malin Persson-Giolito, są bardzo popularne, zarówno w jej rodzimej Skandynawii, jak i na całym świecie, Wydawnictwo Czarna Owca, wydało je w naszym kraju (sprawdźcie tu). Książkę, o której chcę Wam dziś napisać, przetłumaczono już na 25 języków, a ona sama odebrała prestiżową nagrodę literacką, przyznawaną corocznie pisarzom z krajów nordyckich za najlepszą powieść kryminalną! Do czytania zabrałam się zatem ekspresowo, nie urywam, oczekując emocji na najwyższym poziomie, dodatkową pokusą dla mnie, była absolutnie genialna okładka w przepięknych, ciemnych barwach, która spotęgowała intrygujące fale płynące z powieści. The Daily Mail, tak opisuje Ruchome piaski: Wciągająca i brutalnie szczera. Historia tak znakomicie opowiedziana, ze zostaje w pamięci długo po ogłoszeniu wyroku. 


Maja Nordberg, osiemnastoletnia dziewczyna, jako jedyna przeżyła bez szwanku tragiczną masakrę, która wydarzyła się w jej szkole. Powietrze jest szare i gęste od dymu. Wszyscy zostali zastrzeleni. Z wyjątkiem mnie. Tragedia pochłonęła życia wielu ludzi, między innymi jej chłopaka Sebastiana, najlepszej przyjaciółki Amandy Steen i wielu znajomych, ona zaś, jako jedyna ocalała, została oskarżona o owe masowe zabójstwo.


Powieść, której fabuła, według mnie idealnie nadaje się na kryminalny mini serial, rozpoczynamy w momencie pierwszego tygodnia procesu w Szwecji, gdy dziewczyna po dziewięciu miesiącach badania sprawy i odsiadki w areszcie, w towarzystwie niezwykle kosztownych adwokatów z renomowanej kancelarii Sander & Laestadius, czeka na rozprawę i wyrok. Proces jest otwarty i bardzo szumnie odbija się echem w mediach, w całym kraju trwa zatem zainteresowanie także Mają. Czy dziewczyna jest ofiarą, która szczęśliwym cudem umknęła śmierci, czy jednak wyrafinowaną winowajczynią zbrodni? (…) a ja jestem niewinna, bo na razie żaden sąd nie stwierdził mojej winy.


W świetny sposób karty powieści prowadzą nas poprzez toczący się proces, poznajemy przede wszystkim punkt widzenia i myśli głównej bohaterki, która na bieżąco opowiada, jak czuje się na sali sądowej, co się na niej dzieje, analizuje sytuacje, słowa i miejsca, ale także otaczających ją ludzi, co pamięta i co czuje, mamy tu także ważne wspomnienia z okresu przed strzelaniną, które odkrywają przed nami coraz to nowe sekrety. Dzięki temu niewątpliwie zżywamy się z nią, jednocześnie cały czas podejrzewamy, szukamy i bardziej wczuwamy w sytuację, wciągając się coraz bardziej w tę fascynującą lekturę.


Ciekawe jest to, iż mimo perspektywy Mai, podczas czytania, odczuwałam cały czas wątpliwości i wciąż zmieniałam tropy, niewątpliwie, to ogromny atut książki, ciągła chęć dotarcia do prawdy, powoduje, że książkę chłonie się bardzo szybko, nie mogąc doczekać się decyzji sądu i intrygującego finału!



środa, 16 sierpnia 2017

Nowość Lily Lolo – Kremowy ukochaniec letnich nocy mojej skóry - Hydrate Night Cream – Naturalny, wegański krem nawilżający na noc :)

Jestem przekonana, że brytyjska marka Lily Lolo, jest Wam dobrze znana, jeśli zaglądacie na mojego bloga częściej, na pewno znacie cudowne kosmetyki do naturalnego makijażu mineralnego tej firmy, dziś zaś premierowo, piękny debiut kosmetyków pielęgnacyjnych Lily Lolo, oto Hydrate Night Cream, czyli naturalny krem nawilżający na noc.


Zarówno to kremowe cudeńko, jak i braciszek krem na dzień (recenzja niebawem), zakupicie oczywiście na Costasy, jest tez możliwość kupna 2 ml, saszetkowej wersji na próbę. Oba kremy produkowane są z naturalnych składników, pochodzących z upraw ekologicznych, nie zawierają parabenów, szkodliwych substancji konserwujących, mają świetne składy, są to kosmetyki wegańskie, bez składników pochodzenia zwierzęcego, free cruelty, nie testowane na zwierzętach na żadnym etapie ich produkcji. Oba kremy, to moje kosmetyczne skarby!


Hydrate Night Carem, jest naturalnym kosmetykiem, najwyższej jakości, moja cera 30+, mieszana w kierunku suchej szczerze ukochała ten krem! Otrzymujemy go w eleganckim słoiczku (50 ml), ze srebrną nakrętką, ozdobioną logo firmy, słoiczek dodatkowo zapakowano w firmowy kartonik w biało-niebieskich odcieniach, na którym widnieją informacje na temat kremu, właściwości i śliczny skład kosmetyku.


Krem dedykowany jest do stosowania na noc, zawiera między innymi olej jojoba, skwalan roślinny, olej arganowy, kojacy aloes, wyciąg z mikołajka nadmorskiego, olej z pelargonii, olejek lawendowy, czy olej z nasion słonecznika, są to składniki, które działają silnie nawilżająco i odmładzająco, pięknie odżywiają, wygładzają skórę, działają przeciwzapalnie i chronią przed działaniem czynników zewnętrznych. Kremik, to bogactwo naturalnych składników nawilżających i odżywiających, stosuję go codziennie na noc, po czym aplikuję serum Nourish. 


Ma on bardzo delikatną konsystencję w kolorze jasnego ecru, pięknie rozprowadza się po skórze i wchłania. Na uwagę zasługuje też delikatny zapach kremu, jest to świeża, piękna, luksusowa woń pelargonii.


Krem Lily Lolo, dołączył zdecydowanie do grona moich nocnych, kremowych ulubieńców, dzięki niemu, moja skóra rankiem, jest zdrowa, nawilżona i gładka, nie pojawiają się niespodzianki w postaci niedoskonałości, po regeneracyjnej nocy, moja cera jest gotowa na dzień i poranny makijaż, krem zatem idealnie spełnia u mnie swą rolę, musicie go zatem poznać, polecam z całego serducha! :)



piątek, 11 sierpnia 2017

Vianek - Krem BB - Naturalny, łagodzący krem do twarzy BB SPF 15 – Piękny koloryt i ochrona skóry :)

Marka Vianek, będąca dzieckiem genialnej firmy Sylveco, zdobywa coraz więcej kosmetycznych serc, mnie również nie zawodzi, każdy kosmetyk zachwyca, zarówno składem, jak i działaniem. Dziś u mnie o kosmetyku rewolucyjnym, jest to bowiem pierwszy produkt spod skrzydeł Sylveco, oscylujący pomiędzy pielęgnacją, a makijażem, oto Łagodzący krem do twarzy BB SPF 15


Krem BB Vianka, ma naturalny skład, bazujący na składnikach pochodzenia naturalnego z ekologicznych upraw, nie znajdziemy tu parabenów, silikonów, olejów mineralnych, jest to oczywiście produkt free cruelty. Krem otrzymujemy w smukłej, białej buteleczce (50 ml), z pompeczką typu airless. Opakowanie ozdobiono tradycyjnymi, zalipiańskimi, kwiatowymi zdobieniami, charakterystycznymi dla marki. Kremik umieszczono dodatkowo w zabezpieczonym przed otwarciem kartoniku, z którego zasięgniemy informacji o kosmetyku oraz poznamy skład kremu.


Krem BB, to czarodziejski kosmetyk, łączący w sobie funkcje upiększające i pielęgnacyjne, pielęgnacja skóry, połączona z ochroną przeciwsłoneczną SPF 15 i wyrównaniem kolorytu cery, dla mnie Viankowy krem BB, to także najdoskonalsza baza pod makijaż mineralny. Krem dostępny jest w jednym odcieniu, lecz jest on według mnie na tyle uniwersalny, że dopasuje się do każdej karnacji. Ja jestem typowym, słowiańskim bladziochem, mam zawsze jasne podkłady i pudry, obecnie w moim makijażu krem BB współgra z podkładem Lily Lolo w odcieniu Blondie, wcześniej był to China Doll.


Krem BB, zawiera olej z pestek winogron, olej słonecznikowy, ekstrakt z jeżówki purpurowej, witaminę E, czy alantoinę, które nawilżają, zmiękczają i wygładzają skórę, ważnym składnikiem jest też tlenek cynku i dwutlenek tytanu, które fizycznie pełnią funkcję ochronną przez promieniowaniem słonecznym.


Kosmetyk z powodzeniem zastępować może podkład, dla osób nie potrzebujących mocnego krycia, lub dla tych, którzy na co dzień nie używają podkładów, a chcą musnąć kolorem swą buzię. Krem idealnie rozświetla cerę, wyrównuje koloryt, naturalnie pielęgnuje, chroni skórę, działa przeciwstarzeniowo.


Ma leciutką formułę, kremową i delikatny, owocowo zapach. Ładnie rozprowadza się po skórze, ja nakładam go pędzlem flat-top, do tradycyjnego podkładu w płynie. Naturalny skład i delikatny efekt, spowodował, że bardzo się polubiliśmy, także polecam go i Wam. Stosujecie kremy BB? Macie tu swoich ulubieńców? :)


czwartek, 10 sierpnia 2017

Nowość! Pikantne historie dla pendżabskich wdów – Balli Kaur Jaswal - Wydawnictwo Czarna Owca – Kobiece sekrety!

Letnie nowości książkowe, jakie serwuje nam Wydawnictwo Czarna Owca, zachwycają i zdecydowanie zainteresują każdego miłośnika literatury. W nowych, sierpniowych propozycjach, znalazła się bardzo intrygująca pozycja, oto Pikantne historie dla pendżabskich wdów, autorstwa Balli Kaur Jastal.


Premiera: 2 sierpnia 2017
Wydawnictwo: Czarna Owca
Tytuł oryginalny: Erotic Stories for Punjabi Widows
Tłumaczenie: Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik
Oprawa: okładka miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 408
  

Jestem przekonana, że Pikantne historie dla pendżabskich wdów, szybko staną się bestsellerem, jeśli już nie są, jest to bowiem literatura tak ujmująca swą formą i fabułą, że każdy chyba, jak ja, pochłonie tę powieść z nieukrywaną przyjemnością. Książka jest przecudownie wydana, istny majstersztyk, zawsze doceniam staranność wydawnictwa również o stronę wizualną. Widziałam przedwczoraj, iż książka już kusi w księgarniach. Matowa okładka ze skrzydełkami, w granatowo-różowych odcieniach ze złotymi, orientalnymi zdobieniami sprawia, że będzie też naprawdę genialnym prezentem dla każdej kobiety, bo to zdecydowanie kobieta, jej przeżycia, ale przede wszystkim ciało, gra tu główną rolę. 


Balli Kaur Jastal, to australijska pisarka, urodzona w Singapurze, wychowywała się zaś zarówno w Japonii, Rosji, czy na Filipinach, czerpie zatem z przeróżnych kultur i mocno czuć to w jej twórczości. Polskie tłumaczenie chwyta za serce, a książkę chłonie się, nie mogąc oderwać się ani na minutkę, dodatkową rekomendacją są słowa autorki słynnego Hotelu Marigold Deborah Moggach: Ciepła, zabawna i bardzo prawdziwa… Wywraca do góry nogami nasze założenia i otwiera nas na świat, który do tej pory był nam zupełnie obcy.
  

Nikki jest dwudziestodwuletnią barmanką w O`Reilly`s, jednym z londyńskich pubów, jej rodzicie to indyjscy imigranci, ojciec nie żyje od dwóch lat, ma zatem matkę i siostrę Mindi, pielęgniarkę, która pragnąc małżeństwa aranżowanego, przystaje na tradycyjne, rodzinne wartości, ona sama pomimo tych korzeni, nie interesowała się rodzimą kulturą pendżabską, czuje się wyzwolona, rzuciła studia prawnicze, a angielski, otwarty styl życia pochłonął ją w całości. Gdy zanosi propozycję matrymonialną siostry do wspólnoty, napotyka na ważne dla niej ogłoszenie o pracę, wie bowiem, iż funkcja barmanki w pubie, jest zajęciem przejściowym. Zgłasza się na prowadzącą warsztatów poświęconym technikom kreatywnego pisania dla pendżabskich kobiet i po rozmowie z inicjatorką tych zajęć - Kulwinder Kaur, zostaje przyjęta. Jest to bardzo znaczący krok w jej, jak dotąd niezbyt poukładanym życiu. 


My czytelnicy już w tym momencie, brniemy wraz z Nikki w coraz to bardziej wciągającą historię. Warsztaty okazują się świetną propozycją dla starszych, pendżabskich wdów, które na co dzień nie mają zbyt wielu zajęć. Nikki zostaje rzucona na głęboką wodę, okazuje się bowiem, iż kobiety te muszą od podstaw nauczyć się pisać. Nauka alfabetu okazuje się jednak nie tak atrakcyjna, jak rozmowy między nimi i intrygujące historie, warsztaty stają się zatem pretekstem do spotkań i ciekawych, często bardzo pikantnych opowieści kobiecych.  
  

Wolę opowiadać historie – stwierdziła Arvinder – Przeżyłam całe swoje życie, nie umiejąc pisać i czytać. Po co mi to teraz?
Pikantne historie dla pendżabskich wdów, to powieść zdecydowanie pełna pozytywnych, kobiecych emocji, są momenty zabawne, opowieści o prawdziwie erotycznych przygodach, nie zabrakło tu także rozterek, jakie przeżywa każda młoda kobieta. Fabuła jest iście filmowa, nie zdziwię się zatem, gdyby powstał film na podstawie powieści Balli Kaur Jastal. Książka jest totalnym, czytelniczym must have na tegoroczne lato, piękna, wciągająca, niesamowicie pozytywna i bardzo zaskakująca!
  

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Nowość Lily Lolo – Naturalny, prasowany, rozświetlający bronzer - Bronzed Iluminator – Mój hit na lato!

Bronzed Iluminator, iście genialny kosmetyk brytyjskiej marki Lily Lolo, to rozświetlasz, który łączy w sobie także funkcję bronzera, stał się on moim totalnym hitem lata, poznajcie go!


Poprawnie zaaplikowany rozświetlasz-bronzer, to według mnie magia makijażu, potrafi wyczarować zupełnie nowy wymiar każdego make-upu, uwielbiam go stosować zarówno w makijażach dziennych, jak i wieczorowych, jest bowiem kosmetykiem wszechstronnym i pięknie współpracuje z innymi produktami.


Zarówno to cudeńko, jak i inne kosmetyki Lily Lolo, zakupicie oczywiście na Costasy, jeśli czytacie mojego bloga częściej wiecie, że kosmetyki te zawładnęły dawno już moim sercem, produkowane są bowiem wyłącznie z naturalnych i mineralnych składników, nie zawierają sztucznych aromatów, parabenów, nanoczasteczek, substancji konserwujących, mają zawsze wzorowe składy, są to oczywiście kosmetyki free cruelty, nie testowane na zwierzętach na żadnym etapie ich produkcji. Słowem, światowe podium kosmetyków do makijażu.


Jeśli dotąd bałyście się mineralnych bronzerów i rozświetlaczy, będących w formie sypkiej, teraz wymówki brak, koniecznie musicie poznać prasowany kosmetyk, który zrobi całą robotę w szybkim, lekkim, letnim makijażu. Jest naprawdę, niczym czarodziejska różdżka.



Umieszczono go tradycyjnie w eleganckim, solidnym i poręcznym opakowaniu (9 g) w czarno-białych, firmowych kolorach z wygrawerowanym logo firmy na wieczku z lusterkiem, dodatkowo zapakowano go w biało-czarny kartonik, z którego zasięgnąć możemy informacji o produkcie, odcieniu i oczywiście ładnym składzie kosmetyku. Rozświetlający bronzer zawiera mikę, dzięki której kosmetyk jest delikatny, satynowy i bardzo leciutki, najwyższej jakości oleje, które pielęgnują, regenerują i odżywiają skórę: olej arganowy, olej z nasion granatu, olej rycynowy, olej z nasion słonecznika, stałej konsystencji nadaje wosk candelila, pozyskiwany z młodych liści wilczomlecza, wzbogacony został o witaminę młodości - witaminę E, oraz składniki mineralne i pigmenty.



Jest to kosmetyk do makijażu, który jednocześnie pielęgnuje i chroni moją skórę, sprawdzi się przy każdego typu cerze, nawet bardzo wrażliwej, skłonnej do podrażnień, wyprysków, czy alergii, bowiem nie zawiera drażniących komponentów, nie zapycha porów, działa antybakteryjnie.


W moim posiadaniu znajduje się także rozświetlasz Champagne Iluminator, pisałam o nim rok temu (tu recenzja) oraz Rosé Iluminator, którego recenzja u mnie wkrótce, postaram się Wam pokazać je niebawem wszystkie razem, także w makijażach i porównać odcienie, bowiem cała trójka warta jest uwagi.


Bronzed Iluminator dopasuje się zdecydowanie do każdej cery i karnacji, na skórze wygląda niezwykle świeżo i naturalnie, dodaje błysku, pięknie rozświetla, konturuje twarz, dodając wyrazistości, jest bardzo lekki, nie osypuje się. Ja nakładam go pędzlem Tapered Contour Brush Lily Lolo (to najlepszy pędzel do rozświetlaczy, jaki miałam), na kości policzkowe. Szybko, z jedną warstwą, uzyskuję piękny, delikatny efekt, ale można go też stopniować i nadawać mu odpowiednią większą moc.


Dzięki Bronzed Iluminator moja skóra oddycha, jest pięknie wykonturowana, rozświetlona, jakby muśnięta słońcem! Cóż mogę więcej dodać, musicie go poznać, to jeden z moich hitów tego lata! :)