Czas leci, jak szalony, mamy już koniec
października, niebawem święta i koniec roku, ja dziś zapraszam Was w podróż w BESKIDY,
gdzie spędziłam kilka cudownych wrześniowych dni wolnych, jednych z
najpiękniejszych w moim życiu :)

Kocham polskie góry, jest to dla mnie najlepsza
forma spędzenia urlopu, wakacji, ubóstwiam chodzić, zdobywać szczyty, podziwiać
górską przyrodę, podglądać zwierzęta, wdychać górskie powietrze. Wielokrotnie
dotykałam już Pieniny, Tatry, Bieszczady, Karkonosze, w tym roku zaś, po raz
pierwszy wybraliśmy się w cudowne, na pewno mniej popularne Beskidy. Sądzę, iż
wrzesień, to najlepszy czas na górskie wyprawy, piękna, jesienna już nieco
pogoda jest idealna na wędrówki, nie jest upalnie, ale nie jest też zbyt zimno,
a i ludzi na szlakach jest również mniej, także spokój, za który cenię góry,
posiada wówczas jeszcze większą jakość. Zaopatrzeni w trzy mapy (papierowe,
tradycyjne, według mnie najlepsze) z Bydgoszczy, pojechaliśmy z myślą
zakotwiczenia się w Suchej Beskidzkiej, lecz padło jednak na dalszy zakątek tegoż
rejonu, bliższy naturze i przede wszystkim, bliższy górom. Znaleźliśmy
wspaniałą, pokojową metę w Zawoi, beskidzkiej, wsi, która słynie, jako
największa i najdłuższa wieś w Polsce. Zawoja położona jest u stóp Babiej Góry,
Pasma Policy i pasma Jałowieckiego, to idealne miejsce wypadowe dla osób, które
tak jak my, chcą zdobywać szczyty w Beskidach. Wieś jest wspaniale
zagospodarowana, z łatwością odnajdziemy tu mnóstwo miejsc, pokoi, hoteli,
moteli, restauracji, barów dla turystów, jednocześnie rozkoszując się
bliskością Beskidów. W samej Zawoji warto zobaczyć drewniany, XIX-wieczny
kościół Matki Boskiej Anielskiej i Św. Klemensa, budynek Dworca Babiogórskiego,
kapliczkę św. Jana Chrzciciela oraz muzeum przyrodnicze. Zawoja to też
rozliczne, stare, urokliwe drewniane domy, z Zawoi wychodzi także duża ilość
szlaków górskich. Od początku przyjazdu spogląda na nas Babia Góra, którą
postanowiliśmy zdobyć, jako pierwszą.


Babia Góra, Królowa Beskidów, Diablak, zwana
również Królową Niepogod i Świętą Górą, wyjątkowa, przepiękna, to najwyższy
szczyt Beskidów Zachodnich, bowiem na Diablaku osiągamy 1725 m n.p.m. Wybierając
się na szczyt Babiej Góry, należy pamiętać, że słynie ona z częstych zmian
pogody, czego oczywiście doświadczyliśmy. Droga i szlaki są idealnie dostosowane
dla turysty, a podejście choć dość długotrwałe, jest malownicze i pełne
przepięknych, beskidzkich widoków. Swą drogę rozpoczęliśmy w Zawoi, dojechaliśmy
samochodem na Przełęcz Krowiarki i stanęliśmy na parkingu (jest to droga
łącząca Zawoję z Zubrzycą), z którego udaliśmy się do punktu informacji i
miejsca, gdzie zakupiliśmy bilety wstępu na teren Babiogórskiego Parku
Narodowego (bilet w postaci pięknej pocztówki w cenie 5,00 zł). Wybraliśmy
czerwony szlak, który prowadzi na najwyższy szczyt Babiej Góry, na Diablak. Początkowo
leśną ścieżką leciutko wznosimy się ku górze, następnie robi się coraz bardziej
stromo, a piękna, słynna, jedyna w swoim rodzaju roślinność beskidzka umila nam
ową wspinaczkę, jako maniaczka ziołowa dostawałam powoli pozytywnego, zielonego
oczopląsu. Na całym szlaku obserwowałam piękny układ pięter roślinnych, pięter
podgórzy, regli dolnych i górnych, kosodrzewinę i piętro halne, są też jeziorka
osuwiskowe, jest to przecudowny teren Rezerwatu Biosfery UNESCO. Zdobywamy
najpierw Sokolicę (1367 m n.p.m.), to pierwsza kulminacja szczytu, możemy
odpocząć tu, stanąć na punkcie widokowym (skalny próg), my jednak, na razie bez
odpoczynku ruszyliśmy naprzód, bowiem wiatr dawał o sobie znać coraz bardziej. Dalsza
droga, to płaski szczyt Sokolicy, pośród pięknej kosodrzewiny pokonujemy
kolejne podejście – tym razem Kępa (1530 m n.p.m.), następnie łagodnie wznosimy
się powoli na Gówniak, najwyższą kulminację pośrednią po wschodniej stronie
Babiej Góry, zwaną też Wołowymi Skałami, Gówniak ma 1617 m n.p.m. po jego
pokonaniu, idziemy opadając przy wierzchołku ku Królowej Beskidów. Są tu tak
piękne widoki, że zmienna pogoda nie jest aż tak ważna, choć uciążliwa, bowiem
przez moment na ten przykład, szłam w koszulce z krótkim rękawem, świeciło
piękne, ciepłe, jesienne słońce, zaś 10 min później miałam na sobie już sweter,
bluzę i katankę przeciwdeszczową, wiał zimny wiatr z drobinami deszczu, także
na te wycieczkę, warto naprawdę zabrać ze sobą cebulkowe ciuchy na różne typy kapryśnej
i zdradliwej pogody. Gówniakiem docieramy stromo na wyczekiwany Diablak (1725 m
n.p.m.), najwyższy szczyt Babiej Góry, widok zapiera tu dech w piersiach, nie
da się tego opisać, trzeba przeżyć. Naszym oczom ukazuje się zbiornik Jeziora
Orawskiego, Tatry, Góry Choczańskie, Orawska Magura i Mała Fatry, widzimy
szczyty Beskidu Żywieckiego, Makowskiego, Wyspowego oraz Gorców. Szczyt Babiej
Góry swą nazwę zaczerpnął z wierzeń ludowych, wierzono, ze Diablak jest
miejscem złej mocy, które odwiedza Lucyfer i czarownice, dziś jest to kopuła z
roztrzaskanymi skałami, otoczonymi beskidzką, wysokogórską roślinnością, mchami,
murawami, porostami, wieje tu niesamowicie silny i ostry wiatr, dlatego
ustawiono tu kamienny mur, wiatrochrony, przy których zjedliśmy sobie kanapki i
odpoczęliśmy przed wędrówką w drogę powrotną. Niestety musieliśmy wrócić tym
samych szlakiem (czerwonym), bowiem trwała konserwacja szlaków, w tym również
niebieskiego, którym chcieliśmy wrócić (dostępny jest także szlak żółty, przez
Perć Akademików, jest to malowniczy, ciekawy, lecz najtrudniejszy szlak, bardzo
stromy z łańcuchami do asekuracji), jest
to zrozumiałe, po sezonie letnim, jednakże ma to swoje dobre strony, wrócimy tu
ponownie na pewno, by zobaczyć słynne schronisko Markowe Szczawiny i jeszcze
raz poczuć magię Królowej Beskidów. Jeszcze tego samego dnia, choć nogi po 7
godzinach wędrówki, dawały sygnały stop, po zejściu z Babiej Góry, udaliśmy się
samochodem do Suchej Beskidzkiej, by zobaczyć mały Wawel, czyli renesansowy
zamek, u stóp góry Jasień oraz słynną Karczmę Rzym, stojącą w centrum miasta,
na rynku budowlę, nawiązującą do ludowej architektury regionu. To tu diabeł
porwał na księżyc duszę Mistrza Twardowskiego i to tu zdecydowaliśmy się zjeść
obiadokolację po wyczerpujących wojażach.














Drugi dzień, to wyprawa na Okrąglicę, myśleliśmy, iż
będzie to łatwa wycieczka, jednakże porwaliśmy się na wejście niezbyt
popularnym szlakiem zielonym, którym najczęściej schodzi się, także nasze
kończyny dolne nie były zbyt zadowolone, wejście było strome i długotrwałe, ale
daliśmy oczywiście radę. Wędrówkę rozpoczyna się w Sidzinie Górnej, gdzie przy Muzeum
Kultury Ludowej, zostawiliśmy samochód i pokierowaliśmy się na szlak zielony.
Na szlaku nie było żywej duszy, piękne widoki na początku trasy zachwycają,
beskidzka roślinność, zioła są niesamowite, jednak na szlaku są też smutne
widoki, niestety częste wycinki drzew, ogołocone, duże połacie lasów górskich,
wołają o pomoc, okrutnie to wygląda, nie byłam nawet w stanie ich fotografować,
to straszy, ludzki proceder, czerpania z natury, wycinka zabiera mieszkania
tysiącom zwierząt i rzadkich roślin, człowiek zrozumie to chyba dopiero wtedy,
gdy ziemia przestanie nam wybaczać te występki przeciwko Naturze. Szlak
zielony, to trasa, gdzie odbywa się właśnie transport wyciętych, pięknych,
wysokich drzew. Strome, zniszczone podejście, pełne kamieni, rekompensują mi
oryginalne, beskidzkie rośliny. Tu znalazłam po raz pierwszy Dziewięćsił
Bezłodygowy, czy Goryczkę Trojeściową, po drodze skosztowałam górskich jeżyn,
słodkich, przesmacznych. Podczas wspinaczki mijamy Kordelkę, tu słychać okropne
dźwięki piły, wycinki drzew i docieramy na Okrąglicę (1239 m n.p.m.), najwyższą
kulminację Pasma Polic, jest tu masz telekomunikacyjny i dalsza przepiękna,
bezludna, cicha, magiczna i pełna mgieł droga na Halę Krupową, piękną górską
łąkę, zachwycającą jesiennymi kolorami kwiatów, na której znajduje się skrzyżowanie
dróg i urocze, przytulne Schronisko PTTK na Hali Krupowej, w którym posililiśmy
się i wypiliśmy ciepłą czekoladę. Droga powrotna, to u nas szlak czarny,
dziwny, bardzo wąski, kręty lecz w miarę szybki szlak, który ciągnie się aż do
Sidziny Wielka Polana, stamtąd drogą asfaltową poszliśmy dalej do Sidziny
Górnej do samochodu wśród kropel górskiego deszczu. Wieczorem w Zawoi już
zafundowaliśmy sobie smaczny wieczór w Karczmie Tabakowy Chodnik (cudna zupa
czosnkowa).








Kolejnego dnia postanowiliśmy zdobyć niższą już górę Żurawnicę
(727 m n.p.m.), zatem w tym celu skierowaliśmy się samochodem, by odnaleźć
Krzeszów Górny, wieś, gdzie pozostawić auto można na parkingu obok kościoła, to
skrzyżowanie ciekawych szlaków turystycznych, między innymi również tego na Żurawnicę
w Beskidzie Makowskim, szlaku zielonego. Szlak biegnie początkowo drogami przez
malowniczą wieś, następnie stokami i poprzez las, znów beskidzka roślinność
zachwyca, znów Dziewięćsił Bezłodygowy ukazuje się mym oczom. Na wzniesieniu
znajduje się mała polana, roztaczająca piękne, górskie widoki na Beskid
Żywiecki i Średni, na szczycie jest też węzeł szlaków, my dalej podążyliśmy w
kierunku Kozich Skał na Przełęcz Carchel (640 m n.p.m.), to boski, górski spacer
leśny, na przełęczy znajduje się sad owocowy i murowana, urocza kapliczka.
Droga powrotna to czerwony, kamienny, leśny szlak, prowadzący aż do Krzeszowa
Górnego. Tego dnia po zdobyciu Żurawnicy, zdecydowaliśmy się nadrobić także
odwiedziny w Skansenie Muzeum Kultury Ludowej w Sidzinie (przepiękne,
oryginalne obiekty ludowe i eksponaty datowane na XVIII -XX wiek oraz świetna
zielarska droga edukacyjna) i w nowym obiekcie w Zawoi – Korona Ziemi – Centrum
Górskie (wspaniałe ekspozycje pokazujące historię górskich wypraw na całym
świecie i same szczyty, robi to wielkie wrażenie).

Ostatni dzień wypraw górskich, postanowiliśmy uczcić
wyprawą na Koskową Górę (866 m n.p.m.), to miła górska wycieczka,
rozpoczynająca się we wsi Bogdanówka, gdzie zostawiliśmy auto, wiedzie ona
poprzez wieś i następnie poprzez las, cały czas po drodze mijamy stacje drogi
krzyżowej. Koniec drogi wieńczy kaplica Trzeciego Upadku pod Koskową Górą. Są
tu wspaniałe sielskie widoki, ludzie spokojnie uprawiają rolę, pasą się
zwierzęta, a czas jakby się zatrzymał. My podążyliśmy dalej przez osiedle na
Koskowej Górze, poprzez łąkę na szczyt Koskowej Góry, gdzie rozpościera się
mega cudny widok na cały Beskid Żywiecki, Babią Górę, Pilsko, pasma Polic i
Jałowiecki. Miejsce to uznane jest za jedno z najbardziej malowniczych pod
względem widokowym, nie uwierzycie, ale nie spotkaliśmy po drodze żadnego
turysty, to urok Beskidów, są to góry mało popularnie, na pewno zaś jedne z najpiękniejszych.
Wróciliśmy żółtym szlakiem poprzez gospodarstwa i piękny, górski las,
dotarliśmy tak znów do Bogdanówki. Po posiłku pojechaliśmy jeszcze tego dnia do
bliskich Wadowic, gdzie zwiedziliśmy nowoczesne muzeum Jana Pawła II.
Pokochałam Beskidy, na pewno wrócimy tu nie raz, nie dwa, to przepiękne, ciche,
malownicze, mało popularne, urokliwe polskie góry, wspaniałe i jedyne w swym
rodzaju.

Byliście w Beskidach? Lubicie góry? Planujecie już
wakacje?
Ja chyba już tak :)