poniedziałek, 16 listopada 2015

Domowe SPA z Bielenda – Duet do ciała – Golden Oils – 3 drogocenne olejki – babassu, passiflora, pistacjowy – Ultra ujędrniające masło i peeling do ciała :)

Połączenie trzech, wspaniałych olejków babassu, passiflora i pistacjowy, to baza serii ujędrniającej Golden Oils, naszej polskiej, cenionej Bielendy. Uwielbiam olejowe serie tej firmy i już nie raz zachwalałam na blogu te kosmetyki, dziś świetny duet, idealny do domowego spa: Ultra ujędrniające masło i peeling do ciała, razem tworzą u mnie nierozerwalny rytuał piękna, który warto sobie zafundować w domowym zaciszu :)
 
 
 Oba kosmetyki otrzymujemy w dużych, solidnych, choć bardzo poręcznych opakowaniach (200 ml) z jasno-brazowego tworzywa, zamykanych na nakrętkę, co uważam jest świetnym i najlepszym rozwiązaniem w przypadku tego typu produktów codziennego użytku, masło i peeling, wydobywamy bowiem bez problemu, aplikujemy dokładnie tyle ile chcemy, po czym bezpiecznie zamykamy, zawsze wiedząc ile kosmetyku nam jeszcze pozostało, więc na pewno użyjemy je do końca. Na opakowaniach odnajdziemy informacje o produktach, producencie, skład i przyjemną, schludną, elegancką, olejową grafikę, charakterystyczną dla całej serii kosmetyków 3 drogocenne olejki. Bezpośrednio kosmetyki są zabezpieczone folią ochronną, wiemy wiec iż są świeże i przez nikogo wcześniej nie otwierane. W skład zarówno masła, jaki i peelingu, wchodzą wspaniałe oleje, firma dba, by były to sprawdzone składniki najwyższej jakości: olejek babassu, passiflora, pistacjowy oraz masło shea, które zawierają witaminy A, E, i F, cenne kwasy tłuszczowe, chronią także skórę i doskonale nawilżają, zmiękczają ją, działają przeciwstarzeniowo, nawilżają i regenerują naskórek, wygładzając go. Peeling do ciała, wzbogacono także o ochronny i kojący wosk pszczeli. Oba te kosmetyki, to bardzo przyjemne w stosowaniu wzmocnienie, oczyszczenie dla skóry i odżywienie. Masło i peeling, dedykowane są do każdego typu skóry, idealnie sprawdzą się przy skórach normalnych, mieszanych, jak moja, ale także potrzebujących szczególnej pielęgnacji, odżywią skórę nawet bardzo delikatną, skłonną do przesuszeń. Możemy je stosować zarówno przy pielęgnacji całego ciała, jak i stóp oraz rąk.
 
 
Doskonale rozprowadzają się po skórze, masło ładnie wchłania się, pozostawiając na skórze delikatną, aksamitną powłoczkę, peeling zaś dogłębnie oczyszcza, nawilża i pięknie wygładza naskórek. Kosmetyki mają oryginalny, olejowo-słodki zapach, to lekko orzechowo-pistacjowa woń, która pozostaje na skórze po zabiegu, to kolejny, ogromny atut tego duetu. Peeling ma gęstą, treściwą, cukrową konsystencję w kolorze jasnego ecru, cukrowe drobinki doskonale masują ciało, pobudzając krążenie, kosmetyk zmiękcza skórę, nadaje zdrowy wygląd i wyrównuje jej koloryt, nie pozostawia bardzo tłustej warstwy, to cieniutka, ochronna mgiełka olejowa. Masło dopełnia nawilżenia, jest również bardzo treściwe, maślane, ujędrnia skórę, witalizuje ją. Oba kosmetyki są dobrze dostępne na sklepowych półkach, ale także w sklepie internetowym Bielendy. 
 
 
Znacie te serię? Lubicie serwować sobie takie domowe zabiegi? :)
 

sobota, 14 listopada 2015

Pigwowiec i Pigwa, jak rozróżnić? Owoce Pigwowca – właściwości i zastosowanie. Pigwa - polska cytryna w kosmetyce i kuchni :)

Owoce jesieni, wśród których u mnie szacowne miejsce zajmują Pigwa i Pigwowiec, powodują, iż szara pogoda i smutne dni, zmieniają swój wyraz, pachną i cudownie smakują. Bardzo często pigwa mylona jest z pigwowcem, bowiem obie rośliny należą do tej samej rodziny, lecz do innego gatunku, mają inne owoce, pigwa to drzewo, pigwowiec zaś jest krzaczkiem, oba kwitną w okolicach kwietnia i maja (pigwowiec ma czerwone kwiaty, pigwa zaś różowe i białe) we wrześniu już cieszyć się można ich owocami :)
 
 
Owoce pigwy są duże, czasem nawet większe niż gruszki, czy jabłka, są delikatniejsze w smaku, uprawa pigwy nie jest łatwa, drzewko lubi ciepło i troskę, pigwowiec zaś jest odporny na zimno, bardziej kwaśny, jego owoce możecie zobaczyć na moich zdjęciach, są wielkości orzechów włoskich, żółciutkie, mają przeróżne, przepiękne kształty i cudowny zapach, to woń świeża, piękna, lekko jabłkowa, lecz bardziej słodka, można je położyć w szafie, by ta pachniała orzeźwiającą, jesienną nutą. Skórka pigwowca jest twarda i lepka, co udało mi się uchwycić na zdjęciach, ma wiele zastosowań i właściwości. Pigwa, nazywana jest polską cytryną, bowiem zawiera więcej witaminy C, niż cytryna, jest doskonała na przeziębienia, choroby gardła i jako wzmocnienie podczas okresów chorobowych, pigwowiec podobnie. Owoce pigwowca kroję na plasterki, dodaję do herbaty, jak cytrynę, można je zamrozić i serwować sobie takie dopełnienie herbatki przez całą zimę, wyłuskuję przez tym nasiona, które w tym roku pozostawiłam do zasiania wiosną (będą nowe krzaczki). Owoce pigwowca, to również wspaniały materiał na przetwory, dżemy, nalewki, soki, czy kompoty. Pigwa, należy do najstarszych owoców świata, istnieje twierdzenie, że Ewa w biblijnym raju, zerwała nie jabłko, lecz pigwę właśnie.   
 
 
Owoce pigwy są delikatniejsze, bardziej słodkie niż pigwowca, zatem są świetnym dodatkiem do ciast, kompotów, galaretek (obecność pektyn) czy konfitur, piecze się je np. w miodzie mmm pycha! Pigwowiec i pigwa, to doskonałe naturalne kosmetyki, ja z pigwowca robię macerat (macerat robi się także z nasion, wówczas otrzymamy galaretowatą formułę, podobną do siemienia lnianego), maseczkę (papka z owoców), wodę owocową, tonik (napar i odwary), który może służyć, jako faza wodna w kremie diy, ze względu na dużą zawartość witamin, polifenoli, garbników, wapna, fosforu, potasu, żelaza, działa przeciwzapalnie, bakteriobójczo i przeciwstarzeniowo. Pigwowiec i pigwa, niechaj królują i u Was! :)
 
 

wtorek, 10 listopada 2015

Gaj Oliwny – Olej ze słodkich migdałów – Czysty Prunus amygdalus dulcis (Sweet Almond Oil) + Olejowanie paznokci :)

Olej ze słodkich migdałów, jest u mnie absolutnym, codziennym must have, pojawiał się na moim blogu już wiele razy, 100% naturalny olej ze słodkich migdałów, przybył do mnie także ze świetnego sklepu Gaj Oliwny. Oleje to jedna z moich największych miłości w kosmetycznym świecie pielęgnacji, stosuję oleje codziennie w przeróżnych kombinacjach i mam mnóstwo ulubieńców w olejowym świecie, do tychże ulubieńców, należy także właśnie ze słodkich migdałów, czyli Prunus amygdalus dulcis, inaczej Sweet Almond Oil, którym stosuję między innymi kurację olejowania paznokci, o czym za moment.
 
 
Olej ze słodkich migdałów, jest tłoczonym na zimno produktem z nasion owoców drzewa migdałowego, z jego słodkiej odmiany. Cudny olej ze słodkich migdałów z Gaj Oliwny, otrzymujemy w praktycznej, smukłej, buteleczce (aż 150 ml) z ciemnego szkła, chroniącego olej przed promieniami słonecznymi, z białą, zabezpieczoną przed otwarciem nakrętką. Z biało-różowej etykiety, charakterystycznej dla firmy, możemy zasięgnąć informacji na temat produktu, jego właściwości i stosowania. Jest to czyściutki olej naturalny, najwyższej jakości farmaceutycznej, nie zawiera sztucznych dodatków, aromatów, jest to produkt wegański, free cruelty. Olej ze słodkich migdałów, jest według mnie, jednym z najbardziej popularnych i najbardziej wszechstronnych olejów, idealnie pielęgnuje każdy rodzaj skóry, świetnie sprawdza się przy skórze suchej, mieszanej, tłustej, a nawet przy cerach wrażliwych, skłonnych do alergii, wyprysków, przesuszonych. Jest to idealny olej do cery dojrzałej, zmęczonej, cienkiej, zniszczonej, szarej. Szybko wchłania się, nawet w głębsze warstwy naskórka, nawilża, zmiękcza i wygładza, można go stosować bezpośrednio na skórę w dowolnych, dogodnych dla nas ilościach. Ma on właściwości przeciwstarzeniowe, z powodzeniem mogą go stosować osoby dotknięte trądzikiem, łuszczycą, atopowym zapaleniem skóry i innymi chorobami skórnymi, świetnie sprawdzi się też w walce z cellulitem i rozstępami. Stosuję go w przeróżnych kombinacjach, na całe ciało, dodaję go do gotowych kosmetyków, wzbogacając ich skład, stosuję się go w bezpośredniej pielęgnacji skóry całego ciała i włosów, dzięki wysokiej zawartości protein i witamin D i E, B1, B2, B6 oraz A, jest witaminowo-odżywczą bombą dla skóry, bogaty jest w kwas oleinowy, palmitynowy, linolowy, stearynowy, zatem genialnie nawilża, koi, łagodzi i ujędrnia naskórek, jest tak łagodny, że stosuje się go do pielęgnacji skóry niemowląt. Olej ze słodkich migdałów z Gaju Oliwnego ma barwę jasnego ecru, pachnie delikatnie, to woń lekko orzechowa. Świetnie miesza się z innymi olejami, dlatego często jest składnikiem moich domowych kosmetyków diy.   
 
 
Już trzeci miesiąc codziennie wykonuję nim olejowanie paznokci, codziennie nakładam pędzelkiem na płytkę paznokcia i skórę wokół niego, wraz ze skórkami przy paznokciu, dokładnie, nawet kilka warstw, czasem uprzednio w kąpieli wodnej podgrzewam olej, wówczas zabieg jest jeszcze przyjemniejszy, przy okazji można sobie wykonać olejowy masaż dłoni. Kuracja daje efekty już po kilku dniach, skórki są zadbane, paznokcie zdrowe, silne, nie łamią się, z łatwością zapuściłam je, żadna odżywka nie dawała u mnie takich efektów. Oleju ze słodkich migdałów, nie może zabraknąć w Waszym domowy spa, można go zakupić w sklepie Gaj Oliwny, gdzie na hasło CHERRY, otrzymacie 10% rabatu na cały asortyment. 
 
 
  
Jakie oleje są Waszymi ulubionymi? Olejujecie paznokcie? :)
 

poniedziałek, 9 listopada 2015

Lily Lolo – Mineralny cień do powiek - Witchypoo – Naturalny, wegański cień do powiek – Matowa, głęboka czerń :)

Moja przygoda z mineralnymi cieniami do powiek, rozpoczęła się na dobre, kosmetyki Lily Lolo zachwycają mnie nieustannie i nigdy nie zawodzą, najwyższa jakość, idealny skład i piękna pigmentacja, wybór odcieni również zachwyca. Cienie Lily Lolo, uznawane są przez wielu wizażystów za jedne z najlepszych na świecie i ja przekonałam się o tym na własnych powiekach. Kosmetyki tej brytyjskiej marki nie są oczywiście testowane na zwierzętach na żadnym etapie produkcji, nie zawierają parabenów, produkowane są wyłącznie z naturalnych i mineralnych składników, nie zawierają też sztucznych aromatów, nanoczasteczek, substancji konserwujących, mają zawsze wzorowe składy, wyłącznym dystrybutorem Lily Lolo w naszym kraju, jest Costasy.


Cień otrzymujemy w eleganckim, poręcznym, charakterystycznym dla marki, przezroczystym słoiczku z tworzywa, zamykanym na czarną nakrętkę z wygrawerowanym logo firmy. Słoiczek z zabezpieczonym sitkiem, dodatkowo zapakowano w luksusowy, biało-czarny kartonik, z którego zasięgnąć możemy informacji o produkcie, jego odcieniu, producencie, dystrybucji i oczywiście ładnym składzie cienia. Cień Witchypoo, to jedynie tlenki żelaza, idealny, naturalny, króciutki skład - iron oxide. Oznacza to, iż cienie są bezpiecznym kosmetykiem, który nie uczuli, nie wywoła reakcji alergicznej, nawet przy skłonnych do podrażnień, delikatnych oczach, czy cieniutkiej skórze powiek, to naturalny, mineralny, bezzapachowy kosmetyk do makijażu. Mój odcień nazywa się Witchypoo, najczarniejsza, głęboka, matowa, piękna czerń, bardzo intensywna, dająca genialny efekt na oczach, niebawem wykonam makijaż kosmetykami Lily Lolo, już na swatchach zaś widać, jak odcień ten jest genialnie napimentowany, jest to ideał czerni. Cienie są idealne, bardzo mocno napigmentowane, intensywne, jak czysty pigment, fantastycznie się blendują, rozcierają, współpracują z innymi kosmetykami, doskonale można je stopniować. 


Oczywiście zawsze przed aplikacją cieni, nakładam na powiekę bazę pod cienie (moje ulubione, to bazy z ArtDeco, Inglot i Kobo, ale jeśli takowych nie posiadacie, trwałość przedłuży także podkład, czy korektor nałożony pod cienie), wówczas cienie nie rolują się, są niesamowicie trwałe i utrzymują się na oku tyle, ile chcemy. Są to sypkie cienie, więc naturalnym jest, że się lekko osypują przy aplikacji na sucho, z bazą jest znacznie łatwiej. Nakładam go pędzelkami do cieni Hakuro H74, gdy blenduję przy smokey eyes, ale także płaskim H70, czy Inglot 13P na dolną powiekę, lubię też wykorzystywać Witchypoo, jako eyeliner, wymieszany z kroplą duraline, żelem hialuronowym, czy po prostu wodą, czy dowolnym hydrolatem, daje nam aksamitny eyeliner, doskonały do kresek, wówczas są to także cienie w kremie, które znacznie łatwiej aplikować osobom niecierpliwym. Cienie Lily Lolo super sprawdzają się tez przy charakteryzacjach. Jest to mój pierwszy cień mineralny Lily Lolo, zdecydowanie mam ochotę na inne odcienie, bowiem wybór jest niezwykle bogaty, Witchypoo można zakupić oczywiście na Costasy. 


Znacie cienie Lily Lolo? Lubicie mineralne kosmetyki do makijażu? :)

środa, 4 listopada 2015

Blisko Natury – 100% naturalny olej MONOI – właściwości i zastosowanie - Macerat kwiatów gardenii tahitańskiej w oleju kokosowym :)

Moją miłość do olejów na pewno znacie, oleje naturalne bardzo często goszczą na blogu, bowiem na co dzień doceniam ich fantastyczne właściwości, kocham ich działanie i wszechstronność, wielozadaniowość z jaką je stosuję, dziś niechaj zakróluje moje, olejowe odkrycie ostatnich tygodni, kolejny, 100% naturalny olej, bez którego ostatnio nie wyobrażam sobie pielęgnacji skóry, ciała, jak i włosów – OLEJ MONOI :)
 
 
Olej monoi, jest wszechstronnym cudotwórcą, który zawładnął moim olejowym sercem, jeśli go nie znacie, koniecznie musicie nadrobić. 100% olej monoi o boskim, naturalnym zapachu, przybył do mnie prosto z genialnego sklepu Blisko Natury. Olej monoi - Monoi de Tahiti, jest maceratem kwiatów gardenii tahitańskiej w zimnotłoczonym oleju kokosowym, na każdy litr oleju kokosowego, potrzeba aż 15 kwiatów Gardenii. Olej otrzymujemy w praktycznym, białym, zamykanym opakowaniu (100 g). Kosmetyk jest bardzo dobrze zabezpieczony, wiemy iż olej jest świeży, nowy i przez nikogo wcześniej nie otwierany.  Z etykiety na pudełeczku, możemy zasięgnąć informacji na temat produktu, jego właściwości i stosowania. Jest to czysty olej, wolny od jakichkolwiek sztucznych dodatków, aromatów, produkt free cruelty, nie testowany oczywiście na zwierzętach. Olej monoi charakteryzuje się przepięknym zapachem, naturalnym, kwiatowym, są to zatem naturalne perfumy. Monoi idealnie pielęgnuje absolutnie każdy rodzaj skóry, świetnie sprawdzi się przy skórze suchej, a nawet bardzo suchej, mieszanej, tłustej, a nawet przy cerach wrażliwych, skłonnych do podrażnień, alergii, wyprysków, trądziku, silnie przesuszonych i łuszczących się. Jest to także idealny olej do cery dojrzałej, zmęczonej, cienkiej, zniszczonej, szarej. Olej ten jest tłustym olejem, jednak bardzo szybko wchłania się, nawet w głębsze warstwy naskórka, silnie nawilża, zmiękcza i wygładza moją skórę, pozostawiając na niej miłą, ochronną osłonkę. Bardzo popularne jest wykorzystanie go w pielęgnacji włosów, ponieważ pięknie odżywia włosy, nawilża, odbudowuje i regeneruje cebulki. 
 
 
Ja nakładam go na końcówki włosów, jako maskę, czasem nawet na całą noc, po czym tradycyjnie myję szamponem, z powodzeniem można aplikować go na całą długość włosów (na mokre włosy daje świetne efekty), jak i na skórę głowy, nawilży ją i odżywi. Szczególnie zaleca się go przy pielęgnacji włosów suchych, rozdwojonych końcówek, zawalczy również z łupieżem. Z powodzeniem można go stosować bezpośrednio na skórę, w dowolnych, dogodnych dla nas ilościach. Świetnie sprawdzi się również w walce z cellulitem i rozstępami. Stosuję go w przeróżnych kombinacjach, jest idealny na całe ciało, dodaję go do gotowego kremu na twarz, szyję i dekolt, ale także do balsamów i maseł, wzbogacając ich skład, doskonale dba także o usta, stopy i dłonie, ma tak piękny zapach, że można się w nim rozkochać. Dzięki wysokiej zawartości nasyconych i nienasyconych kwasów tłuszczowych, jest odżywczym, antybakteryjnym dobrem dla skóry, bogaty w antyoksydanty, działa również na skórę niczym eliksir młodości, genialnie koi, łagodzi i ujędrnia naskórek. Jest tak łagodny, że w Polinezji od wieków, stosuje się go w pielęgnacji skóry niemowląt – to naturalny emolient. Olej monoi będzie także świetnym kompanem masażu, dodatkowo działa aromaterapeutycznie. Olej Monoi de Tahiti ma barwę ecru, gdy znajduje się w postaci stałej (do temperatury około 25 stopni C jest masełkiem), gdy zetknie się z ciepłem skóry, bądź cieplejszego już powietrza, wówczas jest płynny, dość gęsty. Jest to chyba jedyny olej, którego nie mieszam za bardzo z innymi olejami, sam już pachnie tak pięknie, posiada właściwości, które spełniają wszelkie moje oczekiwania, choć jest on oczywiście fantastycznym składnikiem domowych kosmetyków diy, można tworzyć na jego bazie kremy, serum, balsamy, odżywki, maski, peelingi. Olej jest bardzo wydajny, wszechstronny, doskonały, można go zakupić w sklepie Blisko Natury, gdzie znajdziecie także wersję w mniejszym opakowaniu. 
 
 
 Znacie olej monoi? Macie swoje ukochane oleje? :)
 

piątek, 30 października 2015

Beskidy – Urlop w Beskidach – Co zwiedzić w Beskidach - Polskie góry Beskidy, jakie szczyty zdobyć, jakie miejscowości zobaczyć? Beskidy jesienią :)

Czas leci, jak szalony, mamy już koniec października, niebawem święta i koniec roku, ja dziś zapraszam Was w podróż w BESKIDY, gdzie spędziłam kilka cudownych wrześniowych dni wolnych, jednych z najpiękniejszych w moim życiu :)

  
Kocham polskie góry, jest to dla mnie najlepsza forma spędzenia urlopu, wakacji, ubóstwiam chodzić, zdobywać szczyty, podziwiać górską przyrodę, podglądać zwierzęta, wdychać górskie powietrze. Wielokrotnie dotykałam już Pieniny, Tatry, Bieszczady, Karkonosze, w tym roku zaś, po raz pierwszy wybraliśmy się w cudowne, na pewno mniej popularne Beskidy. Sądzę, iż wrzesień, to najlepszy czas na górskie wyprawy, piękna, jesienna już nieco pogoda jest idealna na wędrówki, nie jest upalnie, ale nie jest też zbyt zimno, a i ludzi na szlakach jest również mniej, także spokój, za który cenię góry, posiada wówczas jeszcze większą jakość. Zaopatrzeni w trzy mapy (papierowe, tradycyjne, według mnie najlepsze) z Bydgoszczy, pojechaliśmy z myślą zakotwiczenia się w Suchej Beskidzkiej, lecz padło jednak na dalszy zakątek tegoż rejonu, bliższy naturze i przede wszystkim, bliższy górom. Znaleźliśmy wspaniałą, pokojową metę w Zawoi, beskidzkiej, wsi, która słynie, jako największa i najdłuższa wieś w Polsce. Zawoja położona jest u stóp Babiej Góry, Pasma Policy i pasma Jałowieckiego, to idealne miejsce wypadowe dla osób, które tak jak my, chcą zdobywać szczyty w Beskidach. Wieś jest wspaniale zagospodarowana, z łatwością odnajdziemy tu mnóstwo miejsc, pokoi, hoteli, moteli, restauracji, barów dla turystów, jednocześnie rozkoszując się bliskością Beskidów. W samej Zawoji warto zobaczyć drewniany, XIX-wieczny kościół Matki Boskiej Anielskiej i Św. Klemensa, budynek Dworca Babiogórskiego, kapliczkę św. Jana Chrzciciela oraz muzeum przyrodnicze. Zawoja to też rozliczne, stare, urokliwe drewniane domy, z Zawoi wychodzi także duża ilość szlaków górskich. Od początku przyjazdu spogląda na nas Babia Góra, którą postanowiliśmy zdobyć, jako pierwszą.
 
  
Babia Góra, Królowa Beskidów, Diablak, zwana również Królową Niepogod i Świętą Górą, wyjątkowa, przepiękna, to najwyższy szczyt Beskidów Zachodnich, bowiem na Diablaku osiągamy 1725 m n.p.m. Wybierając się na szczyt Babiej Góry, należy pamiętać, że słynie ona z częstych zmian pogody, czego oczywiście doświadczyliśmy. Droga i szlaki są idealnie dostosowane dla turysty, a podejście choć dość długotrwałe, jest malownicze i pełne przepięknych, beskidzkich widoków. Swą drogę rozpoczęliśmy w Zawoi, dojechaliśmy samochodem na Przełęcz Krowiarki i stanęliśmy na parkingu (jest to droga łącząca Zawoję z Zubrzycą), z którego udaliśmy się do punktu informacji i miejsca, gdzie zakupiliśmy bilety wstępu na teren Babiogórskiego Parku Narodowego (bilet w postaci pięknej pocztówki w cenie 5,00 zł). Wybraliśmy czerwony szlak, który prowadzi na najwyższy szczyt Babiej Góry, na Diablak. Początkowo leśną ścieżką leciutko wznosimy się ku górze, następnie robi się coraz bardziej stromo, a piękna, słynna, jedyna w swoim rodzaju roślinność beskidzka umila nam ową wspinaczkę, jako maniaczka ziołowa dostawałam powoli pozytywnego, zielonego oczopląsu. Na całym szlaku obserwowałam piękny układ pięter roślinnych, pięter podgórzy, regli dolnych i górnych, kosodrzewinę i piętro halne, są też jeziorka osuwiskowe, jest to przecudowny teren Rezerwatu Biosfery UNESCO. Zdobywamy najpierw Sokolicę (1367 m n.p.m.), to pierwsza kulminacja szczytu, możemy odpocząć tu, stanąć na punkcie widokowym (skalny próg), my jednak, na razie bez odpoczynku ruszyliśmy naprzód, bowiem wiatr dawał o sobie znać coraz bardziej. Dalsza droga, to płaski szczyt Sokolicy, pośród pięknej kosodrzewiny pokonujemy kolejne podejście – tym razem Kępa (1530 m n.p.m.), następnie łagodnie wznosimy się powoli na Gówniak, najwyższą kulminację pośrednią po wschodniej stronie Babiej Góry, zwaną też Wołowymi Skałami, Gówniak ma 1617 m n.p.m. po jego pokonaniu, idziemy opadając przy wierzchołku ku Królowej Beskidów. Są tu tak piękne widoki, że zmienna pogoda nie jest aż tak ważna, choć uciążliwa, bowiem przez moment na ten przykład, szłam w koszulce z krótkim rękawem, świeciło piękne, ciepłe, jesienne słońce, zaś 10 min później miałam na sobie już sweter, bluzę i katankę przeciwdeszczową, wiał zimny wiatr z drobinami deszczu, także na te wycieczkę, warto naprawdę zabrać ze sobą cebulkowe ciuchy na różne typy kapryśnej i zdradliwej pogody. Gówniakiem docieramy stromo na wyczekiwany Diablak (1725 m n.p.m.), najwyższy szczyt Babiej Góry, widok zapiera tu dech w piersiach, nie da się tego opisać, trzeba przeżyć. Naszym oczom ukazuje się zbiornik Jeziora Orawskiego, Tatry, Góry Choczańskie, Orawska Magura i Mała Fatry, widzimy szczyty Beskidu Żywieckiego, Makowskiego, Wyspowego oraz Gorców. Szczyt Babiej Góry swą nazwę zaczerpnął z wierzeń ludowych, wierzono, ze Diablak jest miejscem złej mocy, które odwiedza Lucyfer i czarownice, dziś jest to kopuła z roztrzaskanymi skałami, otoczonymi beskidzką, wysokogórską roślinnością, mchami, murawami, porostami, wieje tu niesamowicie silny i ostry wiatr, dlatego ustawiono tu kamienny mur, wiatrochrony, przy których zjedliśmy sobie kanapki i odpoczęliśmy przed wędrówką w drogę powrotną. Niestety musieliśmy wrócić tym samych szlakiem (czerwonym), bowiem trwała konserwacja szlaków, w tym również niebieskiego, którym chcieliśmy wrócić (dostępny jest także szlak żółty, przez Perć Akademików, jest to malowniczy, ciekawy, lecz najtrudniejszy szlak, bardzo stromy z łańcuchami do asekuracji),  jest to zrozumiałe, po sezonie letnim, jednakże ma to swoje dobre strony, wrócimy tu ponownie na pewno, by zobaczyć słynne schronisko Markowe Szczawiny i jeszcze raz poczuć magię Królowej Beskidów. Jeszcze tego samego dnia, choć nogi po 7 godzinach wędrówki, dawały sygnały stop, po zejściu z Babiej Góry, udaliśmy się samochodem do Suchej Beskidzkiej, by zobaczyć mały Wawel, czyli renesansowy zamek, u stóp góry Jasień oraz słynną Karczmę Rzym, stojącą w centrum miasta, na rynku budowlę, nawiązującą do ludowej architektury regionu. To tu diabeł porwał na księżyc duszę Mistrza Twardowskiego i to tu zdecydowaliśmy się zjeść obiadokolację po wyczerpujących wojażach.





Drugi dzień, to wyprawa na Okrąglicę, myśleliśmy, iż będzie to łatwa wycieczka, jednakże porwaliśmy się na wejście niezbyt popularnym szlakiem zielonym, którym najczęściej schodzi się, także nasze kończyny dolne nie były zbyt zadowolone, wejście było strome i długotrwałe, ale daliśmy oczywiście radę. Wędrówkę rozpoczyna się w Sidzinie Górnej, gdzie przy Muzeum Kultury Ludowej, zostawiliśmy samochód i pokierowaliśmy się na szlak zielony. Na szlaku nie było żywej duszy, piękne widoki na początku trasy zachwycają, beskidzka roślinność, zioła są niesamowite, jednak na szlaku są też smutne widoki, niestety częste wycinki drzew, ogołocone, duże połacie lasów górskich, wołają o pomoc, okrutnie to wygląda, nie byłam nawet w stanie ich fotografować, to straszy, ludzki proceder, czerpania z natury, wycinka zabiera mieszkania tysiącom zwierząt i rzadkich roślin, człowiek zrozumie to chyba dopiero wtedy, gdy ziemia przestanie nam wybaczać te występki przeciwko Naturze. Szlak zielony, to trasa, gdzie odbywa się właśnie transport wyciętych, pięknych, wysokich drzew. Strome, zniszczone podejście, pełne kamieni, rekompensują mi oryginalne, beskidzkie rośliny. Tu znalazłam po raz pierwszy Dziewięćsił Bezłodygowy, czy Goryczkę Trojeściową, po drodze skosztowałam górskich jeżyn, słodkich, przesmacznych. Podczas wspinaczki mijamy Kordelkę, tu słychać okropne dźwięki piły, wycinki drzew i docieramy na Okrąglicę (1239 m n.p.m.), najwyższą kulminację Pasma Polic, jest tu masz telekomunikacyjny i dalsza przepiękna, bezludna, cicha, magiczna i pełna mgieł droga na Halę Krupową, piękną górską łąkę, zachwycającą jesiennymi kolorami kwiatów, na której znajduje się skrzyżowanie dróg i urocze, przytulne Schronisko PTTK na Hali Krupowej, w którym posililiśmy się i wypiliśmy ciepłą czekoladę. Droga powrotna, to u nas szlak czarny, dziwny, bardzo wąski, kręty lecz w miarę szybki szlak, który ciągnie się aż do Sidziny Wielka Polana, stamtąd drogą asfaltową poszliśmy dalej do Sidziny Górnej do samochodu wśród kropel górskiego deszczu. Wieczorem w Zawoi już zafundowaliśmy sobie smaczny wieczór w Karczmie Tabakowy Chodnik (cudna zupa czosnkowa).
  








Kolejnego dnia postanowiliśmy zdobyć niższą już górę Żurawnicę (727 m n.p.m.), zatem w tym celu skierowaliśmy się samochodem, by odnaleźć Krzeszów Górny, wieś, gdzie pozostawić auto można na parkingu obok kościoła, to skrzyżowanie ciekawych szlaków turystycznych, między innymi również tego na Żurawnicę w Beskidzie Makowskim, szlaku zielonego. Szlak biegnie początkowo drogami przez malowniczą wieś, następnie stokami i poprzez las, znów beskidzka roślinność zachwyca, znów Dziewięćsił Bezłodygowy ukazuje się mym oczom. Na wzniesieniu znajduje się mała polana, roztaczająca piękne, górskie widoki na Beskid Żywiecki i Średni, na szczycie jest też węzeł szlaków, my dalej podążyliśmy w kierunku Kozich Skał na Przełęcz Carchel (640 m n.p.m.), to boski, górski spacer leśny, na przełęczy znajduje się sad owocowy i murowana, urocza kapliczka. Droga powrotna to czerwony, kamienny, leśny szlak, prowadzący aż do Krzeszowa Górnego. Tego dnia po zdobyciu Żurawnicy, zdecydowaliśmy się nadrobić także odwiedziny w Skansenie Muzeum Kultury Ludowej w Sidzinie (przepiękne, oryginalne obiekty ludowe i eksponaty datowane na XVIII -XX wiek oraz świetna zielarska droga edukacyjna) i w nowym obiekcie w Zawoi – Korona Ziemi – Centrum Górskie (wspaniałe ekspozycje pokazujące historię górskich wypraw na całym świecie i same szczyty, robi to wielkie wrażenie).


Ostatni dzień wypraw górskich, postanowiliśmy uczcić wyprawą na Koskową Górę (866 m n.p.m.), to miła górska wycieczka, rozpoczynająca się we wsi Bogdanówka, gdzie zostawiliśmy auto, wiedzie ona poprzez wieś i następnie poprzez las, cały czas po drodze mijamy stacje drogi krzyżowej. Koniec drogi wieńczy kaplica Trzeciego Upadku pod Koskową Górą. Są tu wspaniałe sielskie widoki, ludzie spokojnie uprawiają rolę, pasą się zwierzęta, a czas jakby się zatrzymał. My podążyliśmy dalej przez osiedle na Koskowej Górze, poprzez łąkę na szczyt Koskowej Góry, gdzie rozpościera się mega cudny widok na cały Beskid Żywiecki, Babią Górę, Pilsko, pasma Polic i Jałowiecki. Miejsce to uznane jest za jedno z najbardziej malowniczych pod względem widokowym, nie uwierzycie, ale nie spotkaliśmy po drodze żadnego turysty, to urok Beskidów, są to góry mało popularnie, na pewno zaś jedne z najpiękniejszych. Wróciliśmy żółtym szlakiem poprzez gospodarstwa i piękny, górski las, dotarliśmy tak znów do Bogdanówki. Po posiłku pojechaliśmy jeszcze tego dnia do bliskich Wadowic, gdzie zwiedziliśmy nowoczesne muzeum Jana Pawła II. Pokochałam Beskidy, na pewno wrócimy tu nie raz, nie dwa, to przepiękne, ciche, malownicze, mało popularne, urokliwe polskie góry, wspaniałe i jedyne w swym rodzaju.   


Byliście w Beskidach? Lubicie góry? Planujecie już wakacje? 
Ja chyba już tak :)