wtorek, 30 stycznia 2018

Mój książkowy HIT! Woła mnie ciemność - Agata Suchocka - Daję Ci wieczność - Akt 1 - Nowość Wydawnictwa Initium

Dziś u mnie recenzja książki niebywale intrygującej, która wzbudziła moje duże zainteresowanie już w książkowych zapowiedziach Wydawnictwa Initium na 2018 rok, oto Woła mnie ciemność, autorstwa polskiej pisarki - Agaty Suchockiej.


Woła mnie ciemność - Agata Suchocka
Seria: Daję Ci wieczność - Akt 1
Premiera: 14 lutego 2018
Wydawnictwo: Initium
Oprawa: miękka
Ilość stron: 384


Woła mnie ciemność, to pierwszy tom, genialnie zapowiadającej się serii Daję Ci wieczność. Książka zakróluje na półkach księgarni już niebawem, bo 14 lutego, zatem koniecznie jej wypatrujcie, bo sama okładka to istny miód na moje serce. Koronki, krwista szminka i bladość kobiecej skóry, idealnie oddają klimat i fabułę powieści, myślę, że obok takiej oprawy nie sposób przejść obojętnie. Mam nadzieję, iż będzie mi dane poznać też planowane już, kolejne tomy tejże serii, bowiem nie ukrywam apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wydawnictwo Initium, wydało Woła mnie ciemność, w nowej, rozszerzonej formie, całość ucieszy na pewno nie tylko miłośników ciemniejszych zakamarków współczesnej literatury, do których nie ukrywam z przyjemnością należę, ale także tych, którzy szukają w książce czegoś, co pozostawi w czytelniku swoje kiełkujące ziarno na dłużej.


Jako nastoletnia fascynatka ogólnie pojętych tematów mroczniejszych, na swych półkach miałam wówczas książki Mastertona, Lovecrafta, Stokera, na studiach polonistycznych, prócz oczywistej literatury pięknej, przyszedł u mnie czas także na kolejną klasykę, czyli Edgara Allana Poe, czy Le Fanu, minęło już sporo czasu, zawsze zaś godne miejsce, pośród tego typu literatury zajmowały u mnie książki Anne Rice, a dlaczego o niej wspominam? Woła mnie ciemność bowiem, ma według mnie korzenie właśnie tu, z oparów XIX-wiecznego Londynu, wyłania się nam Armagnac Jardineux, pochodzący z Luizjany, młody poszukiwacz nietuzinkowych emocji i zdarzeń.


Armagnac, jest potomkiem arystokratycznych, zamożnych plantatorów bawełny i trzciny cukrowej, jego dziadkowie zaś byli słynnymi potentatami winiaków. Obecnie jednak nie ma grosza przy duszy, a dostatnie życie młodzieńca, płynące pod znakiem elitarnego wykształcenia, zabaw i uciech, jest już jedynie wspomnieniem, wojna zniszczyła bowiem cały dorobek rodzinny, a on sam, z dumą w sercu, wspomnieniami o ukochanej rodzinie i babce Blanche Avoy, pozostaje w Londynie, by tu właśnie odnaleźć dalszy sens i zarobić na swoje utrzymanie. Jest utalentowanym pianistą, z wirtuozerią gra na pianinie, to muzyka zawsze niosła go przez życie: (…) skupiłem się na zgłębianiu tajników muzyki, która otaczała mnie od małego, (…) Nieraz zasypiałem na szezlongu, słuchając smutnych melodii wygrywanych przez moja matkę  na rzeźbionym, sprowadzonym z Północy fortepianie (…).
 

Powieść pisana po części w formie swoistego monologu, pamiętnika z licznymi, dynamizującymi dialogami, szybko powoduje, iż mocno zżywamy się z bohaterem, jesteśmy z nim od początku, jesteśmy zawsze gdzieś obok, jesteśmy w nim. Armagnac opowiada nam w kameralny sposób, jakby tylko dla nas, co działo się po tym, gdy stracił rodzinę i finansowe wsparcie. Grając w barze, w nieco alkoholowym upojeniu, spotyka młodego skrzypka Lothara Mintze, w duecie postanawiają uskuteczniać muzyczne, zarobkowe występy, to dla Armagnaca (…) nowy początek – życie, które utraciłem, zanim zdążyło się na dobre zacząć.


Historia Armagnaca, niesamowicie wciągnęła mnie od pierwszej karty powieści i nie zdecydowanie zwolniła tempa aż do końca, a wręcz odwrotnie. Armagnac, zawierając znajomość z Lotharem, poznaje jego mecenasa, jest nim Lord Edgar Francis Huntington, tajemniczy, hipnotyczny i dystyngowany mężczyzna, który pomimo swej sporej historii, wygląda, jak młodzieniec: Niewysoki, smukły, odziany w czerń, o gładkiej twarzy okolonej jasnymi włosami (…). Lord jest zachwycony upojną grą muzyka, który po śmierci ciotki, ostatniej krewnej, pozostając sam na świecie, decyduje się udać pod opiekuńcze skrzydła mecenasa Huntingtona i u boku utalentowanego, interesującego Lothara, zdobywać pieniądze, sławę oraz rządze dusz. Z czym wiąże się jednak ta podjęta w zasadzie za niego decyzja? Musicie sami przeczytać i przeżyć te niesamowite emocje!


Zdradzę Wam, iż Woła mnie ciemność, jest książką, którą w istocie szczerze pokochałam, mamy początek roku, a ja mam już tytuł, który na pewno znajdzie się na liście moich książkowych hitów 2018. Jest to zdecydowanie powieść dla miłośników dobrej, współczesnej literatury, która nawiązuje do klasyki powieści gotyckich, wampirycznych i ciemniejszych zakamarków, książka zachwyci też tych, którzy poszukują w książce nowych doznań, poruszenia zmysłów i nietuzinkowych, emocjonalnych fal. Z ogromną niecierpliwością czekam na kolejne tomy serii Daję Ci wieczność, nadal rozkoszując się pierwszym aktem historii Armagnaca Jardineux, który i Wam bardzo gorąco polecam!


środa, 24 stycznia 2018

Mój przepis DIY – Lecznicza, zielona, zimowa, domowa maść laurowa z masłem shea, olejem neem i olejkiem goździkowym – na bóle stawów, mięśni i problemy skórne!

Zapraszam dziś Was ponownie do tworzenia swoich kosmetyków, poznajcie mój przepis na leczniczą, zieloną, zimową, domową maść laurową z masłem shea, olejem neem i olejkiem goździkowym.


Moja maść, jest ideałem na zimę, pielęgnuje i przede wszystkim chroni skórę przed mrozem i wiatrem, świetna do całego ciała, jest mieszanką, którą bardzo polecam przy bólach mięśniowo-stawowych, pięknie rozgrzewa, olej laurowy, w postaci masełka roślinnego wraz z słynnym masłem shea, zadziała antyseptycznie, złagodzi stany zapalne, a nawet małą opuchliznę. Olej neem z miodli indyjskiej, jest doskonały do skóry zniszczonej, suchej, jest bardzo specyficznym i oryginalnym olejem, wspaniale zmiękcza skórę i wygładza ją, wykazuje działanie bakteriobójcze i grzybobójcze, w połączeniu z olejkiem goździkowym, zawierającym eugenol, mamy tu bombę dobroczynną na reumatyzm, bóle stawów i mięśni na przykład po silnym treningu.


Jak stworzyć taką, jak moja maść? W kąpieli wodnej, połączyłam jedną dużą, czubatą łyżkę masła shea, z także dużą, czubatą łyżką oleju laurowego, do tego dodałam pięć pompek oleju neem i osiem kropelek olejku goździkowego. Całość po roztopieniu, wlałam do pojemniczka i odstawiłam w zimne miejsce do ostygnięcia. Mam nadzieję, ze przepis na maść przyda Wam się i spróbujecie ją wykonać, skompletujcie wiec składniki i do dzieła! :)


sobota, 20 stycznia 2018

Nawilżający, apteczny krem ochronny na dzień - Hydraline Dermena Skin Care z Molekułą Regen 7

Po jakie kremy sięgacie zimą? U mnie są to zdecydowanie treściwe składowo i posiadające właściwości ochronno-nawilżające kosmetyki. Dziś u mnie krem polskiej marki aptecznej, której produkty zawsze świetnie współgrają z moją skórą.


Linia Hydraline Dermeny, zadebiutowała u mnie mleczkiem do demakijażu, które naprawdę bardzo polubiłam, zarówno mleczko, jak i krem świetnie spełniają swą rolę, nawilżając i wzmacniając moją skórę w tym szczególnym dla cery, okresie zimowym. Kremik zawiera ciekawe składniki, charakterystyczna dla marki Molekuła Regen 7, to substancja pochodzenia witaminowego, aktywator epidermalnego kwasu hialuronowego, pantenol, alantoina, polisacharyd, olejek bawełniany. Zawiera także filtr UVA/UVB z SPF 10.


Nawilżający krem ochronny na dzień, otrzymujemy w smukłej, pionowej, białej tubce, zawierającej 50 ml kosmetyku. Opakowanie zabezpieczone jest dokładnie przed otwarciem. Dozowanie kremu jest zawsze higieniczne, mamy także pewność, iż kosmetyk zużyjemy do ostatniej kropli. Dodatkowo tubkę umieszczono w tradycyjnym dla marki niebieskim kartoniku z przydatną ulotką. Krem przeznaczony jest do stosowania na dzień i tak właśnie go używam, działa przede wszystkim nawilżająco i odżywiająco, wygładzając skórę, działając ochronnie, wzmacnia barierę lipidową naskórka. Jest idealny pod makijaż, świetnie się wchłania, pozostawiając moją skórę gotową na podkład mineralny.
 

Jeśli macie skórę w kierunku suchej, jak ja, na pewno będziecie zadowoleni z kremu, jest on także przeznaczony dla osób z cerą problematyczną, odwodnioną, skłonną do podrażnień i łuszczenia. Ma delikatną konsystencję, ładnie rozprowadza się po skórze i szybko wchłania. Zarówno mleczko, jak i krem Hydraline, spowodowały, iż mam zdecydowanie chęć poznać pozostałe kosmetyki z tejże linii. Znacie ten krem? Jakie kosmetyki z apteki ostatnio udało się Wam upolować? :)



piątek, 19 stycznia 2018

Oczyszczanie twarzy z Dermena Skin Care - Hydraline – Nawilżające mleczko do demakijażu prosto z apteki!

W aptece często znaleźć można naprawdę ciekawe marki, ja od dłuższego już czasu zawsze spoglądam tam na kosmetyki Dermeny, bowiem te produkty zawsze świetnie się u mnie sprawdzają, postanowiłam zatem wypróbować także mleczko!
 
 
Dermena ma w swej ofercie świetną linię Hydraline, która poświęcona jest pielęgnacji skóry suchej, odwodnionej, skłonnej do przesuszeń, łuszczenia, podrażnień, czy alergii, zatem idealna dla mnie, mam bowiem cerę mieszaną w kierunku suchej, której zdarzają się obecnie podrażnienia, posiadam też krem z tejże serii, którego już wypatrujcie na blogu. Nawilżające mleczko do demakijażu, jest dla mnie w 100% tym, czego oczekuję od aptecznego kosmetyku oczyszczającego, zdaję sobie sprawę, że większość z Was, makijaż woli zmywać płynami micelarnymi, ja zaś od zawsze podczas demakijażu używam zarówno micelka, jak i olejów naturalnych, ale przede wszystkim mleczka, wiem tez że nie jestem w tym odosobniona.
  
 
 Mleczko mieszka w bardzo poręcznej, białej buteleczce (200 ml), z nakrętką typu klik, wygodnie i higienicznie wydobywa się produkt na płatek, zamknięcie działa bez zarzutu. Buteleczka ozdobiona jest typowymi dla serii Hydraline, niebieskimi grafikami. Mleczko w żadnym wypadku nie uczula i nie podrażnia mojej skóry, co zdarzało się w przypadku kilku mleczek drogeryjnych, jest leciutkie i delikatne, nie odczuwam żadnego pieczenia w okolicach oczu, dokładnie zmywa makijaż, także ten wodoodporny i wszelkie zanieczyszczenia.
  
 
W jego skład, wchodzi opatentowana przez markę molekuła Regen7, aktywator epidermalnego kwasu hialuronowego, czyli składnik otrzymywany z alg czerwonych, polisacharyd, olejek bawełniany, betaina pochodzenia roślinnego, czy też kojący pantenol i alantoina.  Doskonale zmywa mój makijaż, oczyszcza i jednocześnie nawilża. Posiada mleczną konsystencję w białym kolorze i delikatną, higieniczną woń, jest bardzo wydajne. Mleczko dołączyło do grona moich mleczkowych ulubieńców, jeśli nadal nie możecie przekonać się do mleczek, wypróbujcie je, miłośniczek mleczek zaś mogę zapewnić, że będą zachwycone, jak ja!
  
 

wtorek, 16 stycznia 2018

Premiera! Mój książkowy początek roku - Czerwony parasol - Wiktor Mrok - Nowość Wydawnictwa Initium!


Mój książkowy rok 2018, rozpoczęłam powieścią, na którą nie ukrywam czekałam z niecierpliwością. Już w zapowiedziach bowiem, tytuł debiutującego autora - Wiktora Mroka Czerwony parasol, intrygował mnie, jako, że należę niewątpliwie do grupy zagorzałych miłośników współczesnej, trzymającej w napięciu, kryminalnej sensacji, skąpanej w woniach thrillera.


Wiktor Mrok - Czerwony parasol
Z tajnych akt służb specjalnych
Premiera: 19 stycznia 2018
Wydawnictwo: Initium
Oprawa: miękka
Ilość stron: 592


Styczniowa nowość Wydawnictwa Initium, kusi czytelnika genialną okładką, obok której, trudno przejść obojętnie. Grafika świetnie dopełnia fabułę i przyciąga oko, zatem koniecznie szukajcie jej już od 19 stycznia w księgarniach! Wiktor Mrok, jest debiutującym, polskim autorem, Czerwony parasol jest jego pierwszą powieścią, jakie zatem emocje towarzyszyły mi podczas lektury? Z całą pewnością, jest to książka, od której trudno się oderwać, przez całą powieść czuje się dobre, postępujące i szybkie tempo, które wchłania nas całkowicie, wciągając czytelnika w specyficzny, zimny, już od początku owiany wieloma tajemnicami świat. Dodatkowym bodźcem, jest tu także fakt, iż książka oparta jest na prawdziwych wydarzeniach.


Już w Prologu, książka przenosi nas do roku 1959, w kilka miejsc na całym świecie, zaczynamy w Caracas w Wenezueli, by szybko wylądować w Moskwie w kręgach KGB, następnie zostajemy w USA w Pasadenie, gdzie szybciutko poznajemy Richarda Griffina, którego niespodziewanie zaczepia nieznajomy. Griffin w tajemniczej paczce, otrzymuje kawałek taśmy filmowej, mężczyzna wie już, iż jest szantażowany. Następnego dnia, Alice, urodziwa, młoda kobieta, zawozi go do przydrożnego motelu, tam czeka na niego grupa ludzi, którzy w przeciągu trzech miesięcy żądają od niego pełnych informacji. Richard jest dyrektorem laboratorium w BioDynie, przeprowadzającego dofinansowane z Pentagonu badania nad substancją B50, więc ma do nich absolutny dostęp. Niestety szybko dowiadujemy się, że Griffin, umiera na zawał serca, zabiera więc informacje do grobu i tu właśnie rozpoczynamy w powieści szaleńczą, trzymającą w napięciu podróż. 


 Czerwony parasol, podzielony jest na części, prolog i epilog, pierwsza część, rozpoczyna się w roku 2012, lecz dopiero w drugiej części, gdy znamy już złożone tło wydarzeń, następuje nasze pierwsze spotkanie z główną bohaterką powieści. Tatiana, zamieszkała w Moskwie, w bogatej dzielnicy, siedemnastoletnia dziewczyna o pięknych, słowiańskich rysach, po długim treningu gimnastyki akrobacyjnej, wraca ze szkoły. W domu, zastaje okrutny widok: Jej mama, Anna Siergiejewicz, ubrana w kwiecisty szlafrok, leżała na podłodze. (…) Obok jej podkurczonych nóg niczym garść rozsypanych diamentów iskrzyły się odłamki szkła. Tatiana znajduje nie tylko martwe ciało matki, ale także adoptowanej siostry Nastii i ojca Michaiła: Kto zabił całą moją rodzinę! Dlaczego!?


Dziewczyna zachowuje zimną krew i pomimo rozpaczy, próbuje ratować tę okrutną dla niej sytuację. Przypomina sobie wskazówki ojca i w domu, znajduje nie tylko wyrobione na nią paszporty na inne nazwiska, ale także tajemnicze ampułki, pendrive i broń. Tatiana zaczyna działać, a my krok po kroku, jesteśmy blisko niej, szybko zżywając się z bohaterką. Bez reszty wciągamy się w tajemniczą i szaleńczą walkę silnej wewnętrznie dziewczyny i jej próbę odnalezienia wielu odpowiedzi: (…) zareagowała natychmiast: Trzeba walczyć! 


Książka jest trzymającym czytelnika w napięciu, sensacyjnym kryminałem, wprowadza nas w świat zbrodni, dzięki młodej dziewczynie, co niewątpliwie jest zabiegiem godnym uwagi w tymże gatunku, dzięki szybkiej akcji i żywym dialogom, Czerwony parasol czyta się iście ekspresowo, nie mogąc oderwać się od postępującej fabuły. Tatiana na naszych oczach, staje się silną kobietą, podczas prób odnalezienia odpowiedzi i morderców, widzimy ją w przeróżnych sytuacjach, kibicujemy jej, zawsze będąc jednocześnie zarówno obserwatorem, jak i uczestnikiem wydarzeń. 


Czerwony parasol, to pozycja zdecydowanie dla miłośników współczesnej literatury kryminalno-sensacyjnej, do których nie ukrywam należę i ja, ale także dla tych, który uwielbiają historie czerpiące wprost z realnych, tajnych akt służb specjalnych, jest to także książkowy ideał na długie, zimowe wieczory, absolutnie polecam z całego serca!

      

środa, 10 stycznia 2018

Szampon Born to Bio, Bepanthen, Organiczny peeling czekoladowy, maska błotna oraz micel i waniliowa pianka do rąk – Mini recenzje :)

Szampon Born to Bio Shine & Vitality, Bepanthen Baby Extra, Peeling czekoladowy Organic Shop, maska błotna Apisa oraz płyn micelarny i waniliowa pianka do rąk z Lidla, oto moje mini recenzje tychże kosmetyków, może znacie któryś z nich? :)


Born to Bio – Szampon wzmacniający Shine & Vitality
Jest to naturalny szampon, nadający połysk i witalność, przeznaczony do włosów cienkich i osłabionych. Zawiera on olej kokosowy, malinowy ocet winny, ekstrakt z soku młodego jęczmienia i proteiny pszenicy. Obok tych kosmetyków nigdy nie przechodzę obojętnie, produkty Born to Bio, urzekają mnie od lat opakowaniami, kolorowym designem i oczywiście certyfikatami, jakie posiadają. Producentem marki, jest francuska firma Planete Bleue, która serwuje najwyższej klasy kosmetyki ekologiczne i organiczne, nie testowane oczywiście na zwierzętach. Szampon posiada jeden z najbardziej restrykcyjnych certyfikatów EcoCert oraz certyfikat CosmeBio i Cosmos Organic, nie ma tu parabenów, glikolu, sztucznych barwników, silikonu, PEGów i SLSów, ma fizjologiczne pH i jest hipoalergiczny. Ma lekką, kremową konsystencję i piękny owocowy, naturalny zapach, to kolejny już kosmetyk tej marki, który mnie zachwycił.
Bepanthen Baby Extra – Maść ochronna
Wszechstronny, apteczny krem/maść do całego ciała, mam wersję promo 30 g, pełnowymiarowy ma bodaj 100g. Może być stosowany od pierwszych dni życia dziecka, zatem będzie świetny także dla osób z cerą, jak moja skłonną do przesuszeń, zaczerwienień, delikatną i często wrażliwą. Mamy na pewno polubią go, ale polecam go tez jako krem uniwersalny dla każdego, ładnie chroni skórę, zmiękcza ją, nie zawiera substancji zapachowych i barwników, jest bardzo , treściwy i gęsty. W aptecznym składzie odnalazłam oliwę z oliwek, olej jojoba, olej z nasion słonecznika, masło shea, czy olej sojowy, także naprawdę polubiłam się z nim.
Organic Shop - Organic cocoa & sugar body scrub - Peeling cukrowy do ciała belgijska czekolada
Organic Shop, ma świetne, naturalne peelingi z certyfikatem w dobrej cenie, po które lubię sięgać. Odsłona z belgijską czekoladą, zachwyciła mnie na wskroś! Wyprodukowany w Estonii kosmetyk, rozkochał mnie mega pięknym, otulającym, słodkim zapachem i świetnymi efektami złuszczającymi. Opakowanie 250 ml, jest wydajne i poręczne, a peeling świetnie spełnia swą rolę, zawiera oczywiście cukier trzcinowy, masło kakaowe i masło shea, a zapach, który towarzyszy użyciu, jest przecudowny! Peeling ma certyfikat BDIH Cosmos Natura, nie zawiera sls, silikonów, czy parabenów, do tego peelingi te są łatwo dostępne.
Maska błotna Apis do włosów z Minerałami z Morza Martwego
Maskę nakładałam na włosy po myciu na 20 minut, po czym zmywałam wodą, następnie używałam odzywki w sprayu własnej roboty ze skrzypem i pokrzywą. Zawiera ona czarne błoto, algi, aloes, czy proteiny jedwabiu, wygładza i ułatwia rozczesywanie, zwłaszcza w przypadku włosów suchych i zniszczonych na przykład farbowaniem. Ma ciekawy zapach, który kojarzy mi się z morskim spa.
Łagodzący płyn micelarny Cien z Lidla z wodą różaną
Nie ukrywam, że sięgnęłam po niego z czystej ciekawości. Buteleczka zawiera 200 ml płynu, w którego składzie znajduje się woda różana i hydrolipidowe micele. Nie podrażnia mnie i jest dość wydajny, do tego ma dobrą cenę. Widziałam, iż jest jeszcze druga wersja niebieska, moja, różowa jest wersją łagodzącą, oczyszcza i odświeża, micelek jest bezzapachowy.
Kusząca wanilia – Pianka Cien do mycia rąk
Kolejny kosmetyk, na który skusiłam się z ciekawości, bowiem nie było mi nigdy po drodze z kosmetykami Cien. Ma drogeryjny skład, zapach zasługuje na uznanie, waniliowy, delikatny i naprawdę przyjemny w codziennym myciu rąk. Plusem także jest opakowanie z praktyczną pompką.  



sobota, 6 stycznia 2018

Maski, maseczki, kremy do twarzy i olejowe odkrycie - olej arachidowy, czyli olej z orzeszków ziemnych :)


Dziś u mnie kilka kosmetyków, pośród których znajdziecie maski, maseczki, kremy do twarzy, ale też świetny, naturalny olej, który odkryłam przed nowym rokiem :)


Olej arachidowy, czyli olej z orzeszków ziemnych, arachidowych -
Arachis Hypogaea Peanut Oil
Olej arachidowy, zagościł u mnie po raz pierwszy jesienią ubiegłego roku, tak bardzo polubiłam się z nim, że skusiłam się na zakup aż 500 ml i rozlewam go sobie co jakiś czas do mniejszej buteleczki. Olej arachidowy, tłoczy się na zimno z popularnych orzeszków ziemnych, czyli orzeszków arachidowych, ma bardzo delikatny, iście orzechowy zapaszek, jest bardzo delikatny, wchłania się momentalnie i ładnie nawilża i wygładza skórę. Ja stosuję go do całego ciała, jest genialny zarówno do twarzy, jak i do ciała, do każdego typu skór, jak wszystkie oleje z orzechów, będzie też świetnym olejem bazowym dla olejków eterycznych. Jest bogatym w roślinny skwalen, sterole i kwasy tłuszczowe olejem do skóry, który zawiera witaminę młodości – witaminę E i witaminę A oraz antyoksydanty, zatem świetnie sprawdzi się przy skórze skłonnej do zmarszczek i suchej. Jest też świetny na bóle stawów i stany zapalne skóry, ja bardzo się z nim polubiłam, wzbogacił on moją listę olejowych ukochańców.


Maski w płacie hydrożelowym z Biedronki – Czyste Piękno
Mam już te maski któryś raz, mimo, że pozostawiają czasem nieco drobinek na twarzy po zabiegu, skusiłam się na nie w Biedrze ponownie, bowiem ładnie wyrównują koloryt mojej facjaty i naprawdę fajnie uspakajają cerę. Diamentowa Maska – zabieg intensywny lifting i regeneracja, nasączona jest kwasem hialuronowym, kolagenem, olejem z nasion winogron, czy olejkiem różanym. Bosca 24K Golden Mask Anti-aging, to algi, kolagen i również kwas hialuronowy, olejek różany. Bosca Diament Mask Ultra nawilżenie, ma również podobny skład. W każdym opakowaniu, znajduje się jedna sztuka, którą aplikujemy na twarz i relaksujemy się 20 minut. Maski mają dość dobrą cenę no i zdecydowanie są łatwo dostępne. Maski Apisa Mineral Balance z Minerałami z Morza Martwego i Oczyszczająca z czarnym błotem z Morza Martwego i zieloną herbatą, są silnie oczyszczającymi maskami. Mineral Balance zawiera też algi, kolagen i masło shea, zatem będzie dobra do cery suchej, Acne stop zaś po aplikacji lekko mrowi skórę, co jest zamierzonym efektem, poprawiającym mikrokrążenie, ta maska, zawierająca glinkę, sprawdzi się przy cerach mieszanych, ale oczywiście tych dotkniętych niedoskonałościami, czy trądzikiem.


Kremy apisowe już nie raz gościły na moim blogu, zarówno mus dotleniający z aktywnym tlenem, jak i rozjaśniający krem na przebarwienia, ładnie sprawdzały się zarówno na noc, jak i na dzień, pod makijaż. Oba są lekkie, delikatne dla skóry, mus ma świetną konsystencję i silnie nawilża, rozjaśniający zaś krem, łagodzi zaczerwienienia i wygładza. Kremy mają ładne składy, sprawdzą się przy każdego rodzaju skórze, nawet tej wrażliwej. Do takiej też cery polecam również krem AA, który nie raz w sytuacjach podrażnień na twarzy, ratował mnie. Hydro Algi błękitne Krem odżywczy, intensywnie nawilżający, ma piękny, świeży, morski i delikatny zapach, spełnia się świetnie pod makijaż, ale też nawilża na noc, kremik drogeryjny, zdecydowanie wart uwagi.    
 

Maseczka Pilaten - Czarna maseczka oczyszczająca pory, która stała się hitem internetowym, u mnie niestety nie zrobiła wielkiego wow. Miałam co prawda jedynie małą, saszetkową wersję, jednak nie zachęciła mnie ona, by skusić się na większą, nie jestem bowiem miłośniczką maseczek peell-off, wolę te kremowe, czy tez żelowe. Maseczka wygładziła zaś skórę i być może u Was zadziała inaczej, ja zaś nadal szukam ideału w maseczkach typu peel-off. Może znacie jakąś godna polecenia? :)