piątek, 30 marca 2018

Malina i ekstrakt mięty – Certyfikowany, nawilżający żel pod prysznic, malinowy Babcia Gertruda - Oma Gertrude

Żelowym hitem rozpoczynającej się wiosny, okazał się u mnie  wspaniały, naturalny, certyfikowany, nawilżający, malinowy żel pod prysznic, przyjemnej marki Babcia Gertruda!


Kosmetyk pochodzi spod skrzydeł marki Oma Gertrude i dostępny jest na Etnoświat. Babcia Gertruda ma w asortymencie naturalne kosmetyki, które inspirowane są niemiecką tradycją naturalną, recepturami opartymi na ziołach, roślinnych ekstraktach i domowych połączeniach z roślin. Kosmetyki te, posiadają ceniony przez mnie, restrykcyjny certyfikat BDIH Standard Cosmos Natura, co oznacza, że mamy do czynienia z wysokiej jakości produktem, free cruelty, nie zawierającym SLSów, parabenów, silikonów, olejów mineralnych, a składniki organiczne pochodzą z kontrolowanych upraw. Żel rozkochał mnie po pierwszym zerknięciu na skład i po pierwszym obwąchaniu go, zapach żelu jest po prostu boski, malinowy, słodki, otulający, a zarazem orzeźwiający, woń idealnie trafiła w moje wonne zmysły i preferencje.  


Nawilżający żel pod prysznic niemieckiej zielarki, mieszka w dużej (mamy aż 500 ml produktu), lecz nadal bardzo poręcznej butelce z praktyczną, czarną pompką, ułatwiająca codzienne użycie żelu i jego szybkie dozowanie. Na opakowaniu odnajdziemy przepiękne zdobienia malinowe, informacje na temat żelu, ładny skład i certyfikat, jaki posiada. Sercem kosmetyku jest organiczny wyciąg z malin i organiczny wyciąg z mięty, działające razem odżywczo i nawilżająco, malina, to witaminy C i E, oczyszcza i odświeża, mięta pobudza, dając wspaniałe, delikatne uczucie chłodzące. 


Żel działa kojąco, regenerująco, ale przede wszystkim bardzo intensywnie nawilża, wygładza, pielęgnuje, chroni przed działaniem czynników zewnętrznych. Nie zawiera sls, zatem nie wysusza mojej skóry i świetnie sprawdzi się przy skórze nawet bardzo suchej i wrażliwej, ma bardzo gęstą, przezroczystą, treściwą konsystencję, zatem jest mega wydajny. Używam go absolutnie do całego ciała, od stóp do głów, w kąpieli myję nim nawet twarz. Oczyszcza ładnie moją skórę, nadaje jej też pięknego zapachu, jak wspomniałam, jest to malinowa, słodka woń. Pieni się doskonale, gęstą, kremową pianą i idealnie rozprowadza się po skórze. Jest to kosmetyk idealny na wiosnę, naturalny, bezpieczny i wspaniale pachnący, jestem ciekawa zatem innych kosmetyków tej intrygującej marki. Znacie Babcię Gertrudę? :)



czwartek, 29 marca 2018

Manipulantka - Isabel Ashdown - Wydawnictwo Świat Książki - Kryminalny thriller doskonały!

Czy Wasza lista książek na wiosnę jest już gotowa? Jeśli nie, mam dla Was propozycję genialnego tytułu z kręgu współczesnej literatury kryminalno-sensacyjnej, zmieszanej z dreszczem i mrokiem thrillera, która będzie też doskonałym prezentem na zbliżające się święta.
 
 
Manipulantka - Isabel Ashdown
Premiera: 31 stycznia 2018
Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginalny: Little Sister
Tłumaczenie: Anna Zielińska
Oprawa: okładka miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 304
 
 
Manipulantka, autorstwa angielskiej pisarki Isabel Ashdown, to książkowy ideał dla miłośników ciemniejszych zakamarków literatury, do których nie ukrywam i ja należę. Jest to moje pierwsze spotkanie z autorką, Isabel Ashdown, urodzona w Londynie, zadebiutowała powieścią Glasshoper, mieszka w Sussex z rodziną, do której należą też dwa psiaki. Ashdown od razu budzi we mnie pozytywne myśli, bowiem udziela się również charytatywnie w organizacji Zwierzęta domowe w terapii. Jej pióro jest lekkie, książkę czyta się wyśmienicie, momentalnie wciągając się w niesamowicie oryginalną fabułę powieści Manipulantka. Książkę wydał nieoceniony Świat Książki, który wciąż zaskakuje mnie kolejnymi nowościami na wiosnę. Genialną, matową okładkę zdobi intrygująca postać, oko w księgarni przyciągnie także zestawienie pudrowego różu z czernią. Tytuł oryginalny książki, brzmi Little Sister, powieść Ashdown dedykowała swojej siostrze Bec, otwiera ją Prolog, kończy Epilog, a książkę podzieloną na dwie części, różnicują krótkie rozdziały z imieniem, dzięki którym powieść pochłania się naprawdę w iście ekspresowym tempie.


Byłaś ideałem, bez wad. Niewiniątkiem; biło od ciebie słoneczne światło (…) Dopóki tego nie zepsułam. Powieść od pierwszych stron wciągnęła mnie bez reszty, krok po kroku wchodzimy w świat i życie głównych bohaterek. Język, jakim pisana jest książka, urzeka lekkością, pięknem, detalem, a zarazem przystępnością i płynnością, inteligentnie zapraszając nas w intrygujące rejony siostrzanej historii. Rozpoczynamy od prawdziwego ciosu. Ginie roczna córeczka Emily i Jamesa, imieniem Daisy. Okazuje się, iż w momencie porwania dziewczynki, opiekowała się nią Jessica, niecały rok młodsza siostra Emily, gdy przyjeżdża na miejsce patrol policyjny, Jessica jest w głębokim szoku i nie pamięta zdarzenia, wizualizuje sobie tragedię, jaka się wydarzyła, myśląc także o emocjach piętnastoletniej pasierbicy siostry – Chloe. Następnie książka prowadzi nas do wcześniejszego okresu, gdy siostry Jessica i Emily, aż po szesnastu latach, nawiązały ponownie kontakt. Był to moment, w którym obie, jakby nieco instynktownie odłożyły dawne urazy i rozpoczęły nową, siostrzaną drogę. Jess zamieszkuje od trzech miesięcy w domu Emily, ta wybacza jej błędy przeszłości, ufając i powierzając opiekę na malutką Daisy. Po tragedii rozpoczyna się śledztwo, dochodzenie, poszukiwania porwanej dziewczynki, na posterunku i podczas licznych przesłuchań pada mnóstwo pytań do całej rodziny. Jessica jest przygnieciona sytuacją, cała rodzina znajduje się także pod ostrzałem mediów, które interesują się sprawą porwania dziecka.


Poprzez karty książki, poznajemy coraz więcej faktów z życia sióstr, co działo się, gdy były dziećmi, nastolatkami, jakim człowiekiem potrafiła być Emily i jakie decyzje podejmowała Jessica. To wszystko wpływało na wzajemne stosunki między nimi, które rzutowały na dalsze lata i postępowanie obu kobiet. Powieść naprawdę zaskakuje i wywołuje często skrajne emocje wobec bohaterek, raz bowiem jesteśmy po stronie Emily, raz po stronie Jess, wciąż nie wiedząc co tak naprawdę jest prawdą, do tego dochodzi podejrzane zachowanie Jamesa i sekrety Chloe. Uwielbiam zabiegi literackie tego typu, książka trzyma w mocnym napięciu i nie można się od niej oderwać. Jestem zachwycona tym, jak sprytnie autorka, prowadzi nas poprzez postępujące wydarzenia i wciąga w wir Manipulantki. Koniecznie musicie sięgnąć po tę książkę, polecam ją Wam z całego serducha, bowiem już dawno, tak bardzo nie wciągnął mnie żaden kryminalny thriller!   

    

wtorek, 27 marca 2018

MADARA - Tonik kojący – Moje tonikowe zakochanie – Naturalny, certyfikowany, wegański tonik cruelty free

Kosmetyki Madara, znałam jedynie z obcowania ze świetnym, naturalnym mydełkiem, wiedząc zatem jak piękne produkty wychodzą spod skrzydeł tej marki, z wielką ochotą i przyjemnością sięgnęłam po Tonik kojący, o którym więcej dziś.


Madara pochodzi z Łotwy, organiczne kosmetyki, które ma w asortymencie, to prawdziwe kosmetyczne skarby, pełne naturalnych składników, ziół, ekstraktów kwiatowych, z certyfikatami i ładną misją. Tonik kojący, posiada restrykcyjny certyfikat Ecocert, co oznacza, iż mamy do czynienia z produktem ekologicznym, nie testowanym na zwierzętach, bez zawartości chemicznych dodatków, nie zawierającym barwników, sztucznych substancji zapachowych, parabenów, silikonów, PEGów, a rośliny użyte w jego produkcji nie były modyfikowane genetycznie, jest to także kosmetyk wegański, nie ma tu składników pochodzenia zwierzęcego. Otrzymujemy go eleganckiej, zielonej buteleczce (200 ml), z nakrętką zamykaną typu press, dzięki czemu łatwi aplikuję tonik na płatek. Butelka, która wykonana jest z materiałów recyklingowych, zdobi moją łazienkę, wygląda naprawdę pięknie i minimalistycznie, na niej także znajdziemy informacje na temat produktu i certyfikat. 



W jego skład, wchodzi chaber bławatek, a mianowicie organiczna woda z jego kwiatów, woda różana, posiadająca niesamowite właściwości regenerujące i odmładzające skórę, roślinna gliceryna, woda z liści melisy, pięknym składnikiem jest woda w kwiatów kojącego rumianku. Tonik ma przepiękny, bardzo delikatny zapach, jest to naturalna woń rumiankowo-różana, kwiatowa. Jest to bezpieczny i naturalny kosmetyk, ja stosuję go nie tylko do oczyszczenia twarzy, ale także szyi i dekoltu, użyłam go również przy rozrobieniu maseczki z białą glinką, by wzbogacić jej skład.

 
Tonik nie uczuli i nie podrażni nawet bardzo wrażliwej skóry, jest dedykowany cerze suchej i bardzo suchej, przy mojej mieszanej, w kierunku suchej, sprawdza się znakomicie, dzięki właściwościom oczyszczającym, nawilżającym i kojącym, świetnie według mnie zadziała także przy cerze z trądzikiem i niedoskonałościami. Moja cera, po jego aplikacji jest doskonale odżywiona, uspokojona, miękka i dogłębnie czyściutka. Tonik to mój zdecydowany skarb, uwielbiam obcować z nim, a moja skóra go po prostu pokochała, do tego jest niesamowicie wydajny, także zdecydowanie warto w niego zainwestować! :)


poniedziałek, 26 marca 2018

Nowości, które u mnie zawitały – Nowe kosmetyki, zapowiedzi recenzji – Orientana, Dermena, Kolastyna, Kneipp

Wraz z początkiem wiosny, zawitały u mnie nowości kosmetyczne ostatnich dni. Zobaczcie co będę poznawać niebawem i co pojawi się wkrótce na blogu!


Naturalna, polska marka Orientana zaskoczyła mnie kolejną nowością, jest nią Regenerująco-odmładzający, kompleksowy bio krem pod oczy piwonią chińską, nie ukrywam , że byłam go tak bardzo ciekawa, że od razu poszedł w ruch i już używam go podczas wieczornego rytuały pielęgnacyjnego, także wypatrujcie go na blogu. Kosmetyki apteczne Dermena, nie zawodzą mnie od długiego już czasu, a seria Hydraline, sprawdza się u mnie znakomicie, przyszedł czas, by poznać ją w postaci odżywczego kremu natłuszczającego na noc, wygładzającego kremu pod oczy i kremowej emulsji do mycia twarzy, zapowiadają się znakomicie. Kolastyna, to moje must have każdego lata, lecz już wiosną spróbuję musnąć skórę kosmetykami Luxury Bronze, przecież już niebawem będziemy częściej odsłaniać więcej ciała, ciekawa jestem zarówno balsamu, mgiełki, jaki i chusteczek samoopalajacych. Zajączek od naturalnej, niemieckiej marki Kneipp, przykicał z boskim duetem esencji, zarówno Lawendowe sny, jak i eukaliptusowa Na zimną porę roku, szybko zawładną moją łazienka, ubóstwiam bowiem te kosmetyki, które zawsze umilają mi wspaniałe kąpiele. Który z kosmetyków wpadł Wam w oko? :)

niedziela, 25 marca 2018

Miód, grejpfrut, śliwka i morela, czyli wiosenna boskość Pulpe de Vie - Sucré Frappé - Maseczka-peeling do twarzy 2w1

Zapewne myślicie sobie, że znów opiewam peany na cześć kosmetyków Pulpe de Vie! … i macie rację, bowiem kolejna boskość tej francuskiej marki w postaci Sucré Frappé, czyli Maseczki-peelingu do twarzy 2w1, stała się moich ukochańcem i zdecydowanie dołączyła do moich kosmetycznych hitów ostatnich dni.


Wybaczcie, ale dziś będą tylko ochy i achy, jest to kosmetyk bez wad, idealny od a do z, ma idealny skład, zapach, konsystencję i opakowanie, ale pozwólcie, że zacznę od początku. Pulpe de Vie, to kosmetyki z restrykcyjnymi certyfikatami Ecocert, Cosmebio oraz Cruelty free i fantastycznymi, przesłodkimi opakowaniami, które na pewno już znacie, jeśli czytacie mojego bloga częściej. Maseczka-peeling, podobnie, jak inne produkty tej marki, zawiera naturalne składniki, pochodzące z lokalnych upraw ekologicznych we Francji, nie ma tu parabenów, szkodliwych substancji konserwujących, jest to kosmetyk nie testowany na zwierzętach na żadnym etapie ich produkcji, po prostu piękny.


Sucré Frappé jest multifunkcyjnym kosmetykiem przeznaczonym dla wszystkich typów skóry, ja mam cerę mieszaną w kierunku suchej i sprawdza się cudownie, doskonale zadziała także przy skórze wrażliwej, cieniutkiej, ale też przy cerze z problemami skórnymi. Ja używam jej na trzy sposoby, jako peeling, jako maseczki oraz do mycia twarzy. Momentalnie przywraca skórze równowagę, oczyszcza ją i wygładza. W składzie znajdziemy olej z nasion słonecznika, glicerynę roślinną, sproszkowane pestki moreli z południa Francji, ekologiczny miód, ekstrakt z grejpfruta, olej z pestek śliwki, wyciąg z ogórka, całość wzbogaca witamina E. Skład to czyste dobro, które aplikujemy na naszą skórę.


Gdy robię peeling, aplikuję kosmetyk na twarz i masuję koliście całą twarz i szyję, po czym spłukuję wodą, gdy mam więcej czasu pozostawiam produkt na twarzy na 5 minutek, można też szybko umyć twarz, wówczas tworzy się emulsja, którą zmywam, na przykład po demakijażu. Kosmetyk mieści się w ślicznej, różowej, poręcznej tubce (75 ml), zamykanej na klik. Opakowanie dodatkowo umieszczono w eko-kartoniku z przepięknymi biedronkowymi grafikami, z którego dowiadujemy się o składzie kosmetyku, certyfikatach jakie posiada i właściwościach.


Maseczka-peeling ma treściwą, gęstą, otulającą, miodową konsystencję w drobinkami pestek moreli, nakładanie jej na skórę, to dla mnie po prostu najczystsza przyjemność! Cudeńka Pulpe de Vie kupicie w Mydlarni Marsylskie. Przy zakupach w podsumowaniu wpiszcie kod rabatowy CHERRYBELLE1
Otrzymacie wówczas rabacik -15% na calutki asortyment sklepu, 
do końca marca.


piątek, 23 marca 2018

Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku - Sylwia Majcher – Nowość Wydawnictwa Buchmann – Nie marnujmy jedzenia!

Święta Wielkanocne za pasem, już niedługo tłumnie ruszymy do sklepów, marketów, na rynki i świąteczne jarmarki, pamiętajmy zatem, by w ten czas, nie kupować zbyt dużo jedzenia! Po cóż bowiem bogacimy ogromne zapasy, przygotowujemy posiłki, w ilościach tak wielkich, że później wiele z nich musimy po prostu wyrzucić i zmarnować?


Gotuję, nie marnuję.
Kuchnia ZERO WASTE po polsku
Premiera: 14 marca 2018
Wydawnictwo: Buchmann
Oprawa: okładka twarda
Ilość stron: 208


Książka Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku, której autorką jest Sylwia Majcher, to zdecydowanie skarb w mojej domowej biblioteczce, książka uczy nas na wielu płaszczyznach, otwiera oczy i skłania do działania i eksperymentów w kuchni. Na półkach księgarni skusi Was iście genialną okładką, w żółtych odcieniach z cennymi resztkami, z których zawsze można wyczarować nowe danie. Dzięki niej wiem już, iż każdy w zasadzie produkt, może w naszej kuchni otrzymać nowe, drugie życie, nie wyrzucajcie więc do śmieci cennych pozostałości i koniecznie sięgnijcie po tę świetną książkę!


Resztki z lodówki i pozostałości z kuchennych szafeczek z małą dozą kreatywności, zyskają nowy wymiar i zaskoczą nas, gwarantuję Wam, że nie spodziewacie się, jakie czary można skonstruować z na pozór nieużytecznych produktów. Dane odnośnie marnowania żywności, mrożą mi krew w żyłach, do śmietników trafia aż 1,3 miliarda ton żywności na rok! Wyobrażacie to sobie? Tylko w naszym kraju jest to 9 milionów ton, to bardzo smutny wynik. Do tego dochodzi marnowanie wody, której na naszym globie wciąż ubywa…Książce patronuje między innymi organizacja Banki Żywności oraz Polskie Stowarzyszenie Zero Waste, które za misję postawiło sobie działania uświadamiające i popularyzowanie świadomej konsumpcji, którą i ja popieram także od lat w temacie kosmetycznym.


Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku, to przepiękne zdjęcia i genialne, proste i szybkie w przygotowaniu przepisy. Nauczymy się tu też jak dobrze mrozić produkty, kisić, suszyć, czy też pasteryzować, wszystko po to, by jak najmniej żywności wykorzystać i jej po prostu nie wyrzucać. W moim, rodzinnym domu nigdy nie wyrzucało się chleba, przejęłam ten nawyk i w moim domu również pilnuję tej zasady. Jak świetnie wykorzystać recykling w kuchni i panować nad tym, co mamy obecnie w lodówce i szafkach? Sylwia Majcher radzi, by sprawdzać daty przydatności, nie robić ogromnych, przesadzonych zakupów, a zaplanować je, dodatkowo musimy nauczyć się przechowywać żywność i wiedzieć jak wykorzystać jej resztki. Podaje nam 5 zasad, które powinniśmy zapamiętać: planowanie, ograniczanie, przechowywanie, przetwarzanie oraz wykorzystywanie resztek.


Stosując się do tychże zasad, nie będziemy wyrzucać żywności i dodatkowo umiejętnie zaplanujemy też nasz budżet. Przyznajcie, ile razy skusiliście się na coś pod wpływem promocji, potem zaś po upływie terminu przydatności, musieliście wyrzucić produkt? Unikajmy takich sytuacji i kupujmy z głową, resztki zaś kreatywnie wykorzystajmy do nowych dań, których w książce znajdziemy co nie miara. Szybkie grzanki z cynamonem, bruschetta z pomidorami lub cukinią, krem z pieczonych pomidorów z bagietką, to dopiero początek smakowitej przygody! Na bank zrobię klopsiki z chleba w sosie pomidorowym i babeczki z pulpy marchewkowej i gruszkowej, bowiem często pozostają mi po wykonywaniu soków!


Czyż nie pięknie brzmi krem śliwkowy z kakao? Kopytka ziołowe, albo chipsy z obierek ziemniaków!? Mmmm na samą myśl robi mi się ciepło w żołądku. Zaciekawił mnie też napar z łupin cebuli, który też na pewno wykonam. Książkę Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku, zdecydowanie trzeba mieć w swojej kuchni, koniecznie zawsze na wyciągnięcie ręki, by pamiętać, jak ważne jest dla nas jedzenie i że nie należy go nigdy zmarnować, a dać mu po prostu drugie, cenne dla naszego zdrowia życie! 


czwartek, 22 marca 2018

Mój hit do pielęgnacji ciała – Francuskie, naturalne, bio masło peelingujące Pulpe de Vie z pestkami moreli i hydrolatem z pomidora!

Nie ukrywam, że dziś u mnie na blogu kosmetyk, który od pierwszego użycia rozkochał mnie! Na pewno znacie to uczucie, gdy kosmetyk zachwyci Was na tyle, że wciąż chcecie karmić nim Waszą skórę.


Pulpe de Vie, francuską markę, poznałam już rozkoszując się kremem nawilżającym Caresse Veloutée, masło peelingujące, o którym więcej dziś, to kolejny kosmetyczny skarb do pielęgnacji. Kosmetyki te zachwycają mnie cudownymi składami, restrykcyjnymi certyfikatami i fantastycznymi, przesłodkimi opakowaniami. Masło peelingujace, zawiera naturalne składniki, pochodzące z lokalnych upraw ekologicznych we Francji, nie ma tu parabenów, szkodliwych substancji konserwujących, jest to bezpieczny kosmetyk free cruelty, nie testowany na zwierzętach na żadnym etapie ich produkcji. Mamy tu nie tylko piękny certyfikat Ecocert, ale też Cruelty free oraz Cosmebio.


Kocham wszelakie peelingi, lubię zarówno te enzymatyczne, jak i mechaniczne, uwielbiam peelingujacy masaż, który jednocześnie pobudza krążenie, odżywia i wzmacnia skórę. Masło peelingujące Gratouille-moi, mieszka w słodkiej, różowej tubie (125 ml), kosmetyk wydobywamy bez problemu, zawsze ilość, taką jaką potrzebujemy do jednorazowego zużycia. Na opakowaniu odnajdziemy słodkie, biedronkowe grafiki oraz informacje na temat kosmetyku, w tym oczywiście skład peelingu. Masełko wygląda pysznie, choć oczywiście nie możemy go zjeść, nasza skóra ucieszy się z kamienia jej nim, kosmetyk masuje, oczyszcza, moją skórę, wygładza, pobudzając krążenie, skłania do regeneracji. 


Gratouille-moi, zawiera ekologiczny, nawilżający olej z nasion słonecznika, złuszczające zmielone pestki moreli, odżywcze ekstrakty chrząstnicy kędzierzawej oraz ciekawy składnik 22% hydrolat z pomidora bio, który zmiękcza skórę i działa przeciwstarzeniowo. Kosmetyk ma przepiękny zapach, słodki, otulający, który pokochałam oraz treściwą, gęstą konsystencję, pełną drobinek, czyli zmielonych pestek moreli. Masełko wyrównuje koloryt skóry, po spłukaniu ciała wodą, nie zostaje na niej tłusta warstwa, skóra jest nawilżona i jędrna.


Masło peelingujące można nabyć w Mydlarni Marsylskie, zapraszam Was do skorzystania rabaciku! Przy podsumowaniu wpiszcie kod rabatowy CHERRYBELLE1
Uzyskacie wówczas -15% na calutki asortyment sklepu do 31 marca!

 

środa, 21 marca 2018

LILY LOLO – Pure Indulgence Eye Palette - Paletka naturalnych cieni do powiek z zestawu Days of Decadence Collection – Naturalny makijaż cruelty free

W absolutnie przecudownych zestawach świątecznych Lily Lolo, znaleźć można było same genialne kosmetyki, zestaw Days of Decadence Collection, zawierał boską szminkę w odcieniu Love Affair, mineralny róż Clementine Mineral Blush oraz Pure Indulgence Eye Palette, świetną paletkę naturalnych, prasowanych cieni do powiek, o której chcę Wam dziś więcej napisać.


Naturalne, mineralne cienie do powiek Lily Lolo, zajmują od lat w mojej kosmetyczce zdecydowanie królewskie miejsce. Cienie te, zachwycają mnie najwyższą jakością, idealnym składem i piękną pigmentacją. Kosmetyki Lily Lolo, które kupić można oczywiście na Costasy, nie są oczywiście testowane na zwierzętach, nie zawierają parabenów, produkowane są wyłącznie z naturalnych i mineralnych składników, nie zawierają też sztucznych aromatów, nanoczasteczek i substancji konserwujących. Znałam już dwie, zachwycające paletki Lily Lolo: Filthy Rich Eye Palette oraz Pedal To The Metal Eye Palette i zdradzę Wam, że także trzecia z nich Pure Indulgence, zdobyła moje serce, może dlatego, że troszkę ze mnie sroczka i lubię czasem troszkę błysku na oku.


W paletce mieści się osiem cieni o prostokątnych kształtach. Kasetka z lusterkiem i aplikatorem, wykonana jest z tworzywa w tradycyjnej dla marki, eleganckiej stylistyce, jest poręczna, praktyczna, minimalistyczna, piękna. Dodatkowo zapakowano ją w biało-czarny kartonik, z którego zasięgnąć możemy informacji o produkcie, odcieniach w środku, producencie, dystrybucji i oczywiście ładnym składzie cieni. Cienie są, jak zawsze w przypadku Lily Lolo ładnie napigmentowane, intensywne, fantastycznie się blendują, rozcierają, współpracują zarówno ze sobą nawzajem, jak i z innymi kosmetykami, doskonale można je stopniować. Przed aplikacją cieni, nakładam najczęściej bazę pod cienie, wówczas cienie są trwałe i utrzymują się na oku tyle, ile chcemy, jeśli jednak nie posiadacie bazy, ich trwałość przedłuży także podkład, czy korektor nałożony cieniutko na powiekę.


Cienie Lily Lolo pięknie nakładają się na pędzelek i rozprowadzają się na skórze powiek, mają leciutką konsystencję, nie osypują się. W ich składzie odnajdziemy oleje roślinne, w tym olej jojoba, arganowy, z nasion słonecznika, z nasion granatu, które wzmacniają delikatną skórę powiek, nawilżają ją, wygładzają, mica, wiąże kosmetyk i nadaje mu delikatności, witamina E, dodatkowo konserwuje cienie, wyciąg z mikołajka nadmorskiego, spełnia funkcje regenerujące, cienie oczywiście zawierają także pigmenty. Koniecznie wyparujcie u mnie makijażów z tą piękną paletką.


Luksusowa, przepiękna paletka Pure Indulgence, mieści osiem cieni od jaśniutkiej wanilii, ecru, nudziaki, poprzez złoto, stare złoto, aż do czekoladowych odcieni błyszczącego i matowego, ciemnego brązu, jak się Wam podobają?
Vanilla – jaśniutki, matowy odcień waniliowy, wpadający w ecru.
Caramel – kremowy nudziaczek, przepiękny i delikatny.
Bonbon – piękna, mleczna czekolada, uniwersalny odcień.
Spice – błyszczące złoto, nieco rudawe cudo.
Ganache – pięknie błyszcząca, głęboka czekolada, jeden z moich hitów tejże paletki.
Red Velvet – brąz w czerwonej odsłonie, troszkę taki kameleon.
Clove – błyszcząca, ciemna czekolada, ideał ze złotymi drobinami.
Bitter Chocolate – bardzo ciemny odcień, szaro-czarny, wieńczący paletę.