sobota, 22 września 2018

Genialna powieść gangsterska, autora książki Miasto gniewu - Sejf - Ryan Gattis - Wydawnictwo Czarna Owca

Czytaliście Miasto gniewu? Jeśli tak, z pewnością ucieszy Was fakt, iż autor tejże książki Ryan Gattis, wydał właśnie kolejną, fenomenalną powieść, oto Sejf!


Sejf - Ryan Gattis
Tytuł oryginalny: Safe
Tłumaczenie: Jakub Sudoł, Robert Sudół
Premiera: 1 sierpnia 2018
Wydawnictwo: Czarna Owca
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 328



Przyznam, iż naprawdę wiele oczekiwałam od tegoż tytułu, zachęcające i intrygujące zapowiedzi, już korciły mnie, by poznać nową powieść Ryana Gattisa. Sejf, to powieść gangsterska, z niewątpliwą kryminalno-sensacyjną nutą. Ryan Gattis, pochodzi z Colorado, jego debiut Miasto gniewu, stał się bestsellerem, co zatem przynosi jego nowa powieść o tajemniczym tytule Sejf? Książka z pewnością zwróci Waszą uwagę na półkach księgarni, świetną okładką w ciemno-niebieskich barwach, Wydawnictwo Czarna Owca, jak zawsze zadbało o każdy szczegół wizualny, który, jako czytelniczka, zawsze bardzo doceniam. Sejf już ma wiele dobrych opinii i ja zatem dołączam swoją, bowiem książka totalnie zachwyciła mnie, pochłonęłam ją ekspresowo i nie mogąc oderwać się od fascynującej i oryginalnej fabuły. Elektryzująca powieść gangsterska, która sprawia, że serce bije szybciej, pisze o tejże książce Paula Hawkins, autorka słynnej Dziewczyny z pociągu.

 
Ricky Mendoza, nazywany Duchem, na co dzień pracuje przy rozbrajaniu sejfów, jest w tym naprawdę zaufanym, dobrym specjalistą, praca ta wykonywana jest na zlecenia organów ścigania, między innymi DEA, przy prowadzonych śledztwa i sprawach. Mendoza ma zaś także troszkę inny plan, zbacza ze ścieżki przykładnego fachowca, łamie prawo i kradnie pieniądze. Pieniądze są dla kogoś innego. Dla kogoś, kto ich naprawdę potrzebuje. Chce dzięki tym pieniądzom, pomóc potrzebującym, oczyścić swoje sumienie, swoje dawne grzechy, gdy był uzależniony: Nie wstydzę się kraść. Gdzie tam. Skoro mogę pomóc ludziom (…), nie zdaje sobie zaś sprawy ile będzie go to kosztować i do kogo należą skradzione pieniądze. Rudolfo Reyes, to gangster, handlujący na ulicy narkotykami, to właśnie sejf, należący do jego szefa, narkotykowego bossa, okrada Mendoza. Rudy szuka winowajcy, by za wszelką cenę odebrać pieniądze, my zaś obserwujemy co z tego wyniknie z perspektywy tychże dwóch, interesujących postaci. Wyścig z czasem, adrenalina, towarzyszy nam poprzez karty powieści, wciągając nas w niesamowitą i oryginalną intrygę. Jeśli szukacie zatem naprawdę dobrej, fascynującej lektury na jesień, oscylującej w gangsterce i sensacji, w której nie ma miejsca na nudę, musicie przeczytać Sejf. Niesamowita, wciągająca, równa akcja, płynąca w swoim tempie, interesujący, złożeni bohaterowie i ich wewnętrzne rozterki, do tego intrygujący, mroczny klimat tajemniczych dzielnic Los Angeles, okraszony świetnym, rasowym piórem Gattisa oraz mocny finał, sprawiają, iż książka dołączyła do moich otwierających jesień, książkowych hitów, polecam z całego serducha!



piątek, 21 września 2018

Nowość – Polski, kryminał sensacyjny - Inga. Strefy zakazane - Oskar Salwa - Wydawnictwo Lira

Jeśli zaglądacie na mojego bloga częściej, wiecie na pewno, iż jestem zdeklarowaną miłośniczką również ciemniejszych zakamarków literatury. Dziś u mnie jedna z nowości rodzimej literatury spod znaku kryminału, thrillera i sensacji.


Inga. Strefy zakazane - Oskar Salwa
Premiera: 29 sierpnia 2018
Wydawnictwo: Lira
Oprawa: okładka miękka
Ilość stron: 288


Inga. Strefy zakazane, książka, której autorem jest Oskar Salwa, nie ukrywam, iż wzbudziła moje zainteresowanie już przy świetnych zapowiedziach Wydawnictwa Lira. Zaintrygowała mnie ciekawą fabułą, ale też miejscem osadzenia akcji, uwielbiam bowiem, gdy powieść dzieje się na polskich terenach, czuję, jakby wydarzenia i bohaterowie byli gdzieś blisko mnie, to dodatkowy bodziec do czytania, zwłaszcza kryminałów, ale też ciepłych powieści z kręgu literatury obyczajowej. Inga. Strefy zakazane, niechaj nie umknie Waszym oczom w księgarni, na półkach szukajcie intrygującej, ciemnej okładki, która świetnie oddaje klimat książki, trafiła też zdecydowanie w moje gusta. Jest to mój pierwszy raz z autorem, Oskar Salwa, jest dziennikarzem, redaktorem, tak jak ja kocha thrillery, wydał już powieść Wernisaż, która była jego debiutem literackim, jej także jestem bardzo ciekawa.

 
Powieść Inga. Strefy zakazane, czyta się z niesamowitą przyjemnością, bardzo płynnie i szybko, bowiem książka nie jest ogromnych rozmiarów, jak pochłonęłam ją w jeden wieczór. Książka podzielona jest nie na rozdziały, zaś na dni, mamy tu trzynaście dni, podczas których nie ma miejsca na nudę i wiele się dzieje. Inga Archembau, to czterdziestoletnia, współczesna kobieta, której życie upływa u boku zamożnego męża Matthiasa, słynnego architekta w Szwajcarii. Mąż zdradza ją nieustannie, zakłamując rzeczywistość drogimi prezentami i wystawnym życiem, ona zaś nie pozostaje mu dłużna, romansując z młodymi mężczyznami. Stamtąd właśnie Inga przyjeżdża do Gutów, gdzie zmarły już ojciec Maciek Krychowiak, siłacz na emeryturze, przekazał jej w spadku ziemię i dom, kobieta nie ma dłuższych planów pozostania w kraju, pragnie szybko uregulować sprawy majątkowe i wrócić. Podczas porządków posesji, poznaje Johnnego, buntownika agitującego tam przeciw działaniom Stanów Zjednoczonych, młodziutkiego chłopaka, z którym wdaje się w romans. Sprawy zaczynają się komplikować, gdy znajoma zmarłego ojca - Pani Błażej, daje jej płytę CD, na której ojciec zawarł pewne informacje, kobieta podejrzewa też, iż Krychowiak nie zmarł w naturalny sposób. Inga nie miała prawdziwie rodzinnych stosunków z tatą, kontakty między nimi były bardzo rzadkie, nie wiedzieli o sobie zbyt wiele, tym bardziej jest zaintrygowana sprawą i zostaje w Gutach. Książka wciąga momentalnie i szybko stajemy się częścią fabuły, chłonąc powieść. Na pewno zadowoli ona miłośników kryminałów sensacyjnych, jest tu bowiem intrygująca, mroczna, polska prowincja, klimat tajemnic, ludzkie uwikłanie w sekrety i tajemnicze działania, zdecydowanie polecam jesienny wieczór z tą książką w dłoni, Inga. Strefy zakazane, na pewno Was nie zawiedzie!



czwartek, 20 września 2018

Mój jesienny, idealny makijaż z marką Swederm – Perfectly Matte, czyli puder matujący oraz tusz do rzęs Magnetic Noir Mascara – Świetny duet do makijażu!

Szwedzka marka Swederm, zadebiutowała w mojej kosmetyczce, boską, oczyszczająca maską z glinki wulkanicznej Lerosett Mineral Deep Cleanser, którą pokochała moja skóra. Dziś zapraszam Was do spotkania ze świetnym duetem do makijażu w postaci pudru i tuszu do rzęs.
 

Puder i tusz do rzęs, to zdecydowanie kosmetyki, bez których większość z nas nie wyobraża sobie codziennego makijażu i tak też jest u mnie. Duecik Swederm, towarzyszy mi w codziennym upiększaniu twarzy, oba kosmetyki sprawdzają się na medal. Produkty te, jak i inne cuda tejże marki, znajdziecie oczywiście w sklepie topestetic, który polecam Wam bardzo, to świetne miejsce na jesienne zakupy, zawsze otrzymacie tu najwyższej jakości kosmetyki, zarówno do pielęgnacji, jak i makijażu właśnie, dermokosmetyki z całego świata, które kuszą i dają efekty na skórze, prócz Swederm, mogę polecić tu także Academie, czy Clochee, które już poznałam, ale warto też zajrzeć w zakładkę suplementów, zwłaszcza teraz w okresie jesiennym.


Swederm – Perfectly Matte - Puder matujący
Zdradzę Wam, iż nie wyobrażam sobie życia bez pudru, w moim makijażu jest on bowiem finalnym wykończeniem, swoistą kropką nad i. Zawsze wybieram pudry, które prócz dobrej jakości i trwałości, gwarantowały będą wygodę w stosowaniu i dobry efekt na skórze. Jedwabisty puder matujący Swederm Perfectly Matte, to kosmetyk o pięknym, bardzo uniwersalnym odcieniu, idealnym dla każdej tonacji, otrzymujemy go w bardzo eleganckim, poręcznym opakowaniu (9 g) w czarno-srebrnych kolorach z logo firmy na wieczku z lusterkiem, dodatkowo zapakowano go w czarny kartonik, z którego zasięgnąć możemy informacji o produkcie, odcieniu, producencie i składzie. Puder idealnie sprawdzi się przy każdego typu cerze, nie zapycha porów, nie podrażnia mojej skóry. Ma on bardzo lekką, przyjemną w aplikacji formułę, idealnie sprasowaną, dzięki czemu nie pyli się i nie rozsypuje. Wykończenie, jakie uzyskuję po jego aplikacji, to gładka, jedwabista, matowa i jednolita cera. Nakładam go kończąc makijaż, jedną warstwą, dużym pędzlem do pudru, ładnie współpracuje on z innymi kosmetykami, podkładem, różem i bronzerem. Na mojej twarzy wygląda świetnie, pięknie matuje, ujednolica i jednocześnie utrwala makijaż. Dużym plusem jest jedno transparenty odcień, który sprawdzi się u każdej z nas.

  
Swederm – Magnetic Noir Mascara – Tusz do rzęs - Velvet Black Volume Mascara
Tusz do rzęs Swederm, towarzyszy mi w codziennym makijażu, sprawdza się znakomicie, pięknie otwiera oko, nadaje wyrazistości spojrzeniu, upiększa rzęsy, pogrubiając je, zagęszczając i wydłużając. Magnetic Noir Mascara, ma czarne opakowanie (9,5 ml), ze srebrnymi wstawkami, świetna szczoteczka z włoskami, pozwala na wygodną i idealną aplikację tuszu na rzęsy. Tusz zapakowano dodatkowo w kartonik, gdzie widnieje skład i informacje o maskarze. Velvet Black Volume Mascara, prócz pięknego efektu na rzęsach, daje nam dodatkowo ich pielęgnację, w jej składzie znajdziemy wosk roślinny pozyskiwany z liści palmy kopernicji, czyli wosk karnauba, glicerynę, oleje roślinne, w tym olej rycynowy, ciekawym składnikiem jest tu wyciąg z kwiatów nagietka lekarskiego. Tusz nadaje piękny, czarny kolor, ale także stymulują rzęsy do wzrostu, odżywia je. Maskara ma lekką formułę, przyjemną w aplikacji, dobrze osiada na szczoteczce i co najważniejsze na rzęsach. Daje efekt podkreślonych, dłuższych rzęs, nie skleja ich, nie kruszy się i nie rozmazuje. Efekt oczywiście możemy stopniować, jedna warstwa tuszu, da efekt naturalny, ja aplikuję nawet trzy warstwy, bowiem uwielbiam teatralny efekt na moich rzęsach. Szczoteczka jest długa, mamy możliwość pomalowania rzęs na całej ich szerokości i długości, równomiernie. Naprawdę bardzo polubiłam tę maskarę, ma piękny, czarny kolor, daje świetny efekt i dodatkowo pielęgnuje rzęsy, znacie ją? Macie ulubiony tusz do rzęs? :)


środa, 19 września 2018

LILY LOLO – Naturalny, prasowany korektor w dwóch odsłonach - Lemon Drop z żółtym pigmentem oraz Pistachio z zielonym – Mój hit makijażowy na jesień! Kamuflaż naturalnie!

Piękna, idealna cera, bez niedoskonałości, to marzenie każdej z nas! Jesienią, często skóra płata nam figle, zmienna pogoda i konsekwencje lata, widzimy na twarzy i chcąc ukryć niechciane wypryski, przebarwienia, czy słoneczne piegi, sięgamy po korektory! 


Jak zatem w sposób doskonały ukryć niedoskonałości? Ratunkiem w moim codziennym makijażu są korektory Lily Lolo. Mam obecnie kilka korektorów do twarzy, które stosuję w zależności od okazji i typu makijażu, jednakże to korektory Lily Lolo, zdecydowanie używam najczęściej, należą bowiem do grupy mych zdecydowanych ulubieńców w tym temacie. Gdy tylko pojawiły się w ofercie tej genialniej, brytyjskiej marki, miałam na nie ochotę. Koniecznie podczas jesiennych zakupów makijażowych, odwiedzajcie Costasy, gdzie znajdziecie cały asortyment Lily Lolo, w tym nowości i częste, warte uwagi promocje. Kosmetyki mineralne Lily Lolo, kocham od lat i polecam Wam z całego serducha, produkowane są one wyłącznie z naturalnych i mineralnych składników, nie zawierają sztucznych aromatów, parabenów, nanoczasteczek, substancji konserwujących, mają zawsze wzorowe składy, są to oczywiście kosmetyki free cruelty, nie testowane na zwierzętach na żadnym etapie ich produkcji. Lily Lolo, nie zawodzi mnie nigdy, kosmetyki te, to zawsze najwyższa jakość, dobry skład, trwałości i wygoda w użytkowaniu, przyjazne są również dla środowiska i zwierząt, jeśli jeszcze ich nie znacie, koniecznie musicie nadrobić i poznać te skarby.


Lily Lolo, ma w swej ofercie dwa korektory prasowane, jest to korektor Lemon Drop z żółtym pigmentem oraz Pistachio z pigmentem zielonym. Oba korektory mają piękny, naturalny skład, są nie tylko kosmetykiem, który doskonale ukryje niedoskonałości na twarzy, lecz posiada także właściwości pielęgnujące. Zawierają mikę i tlenek cynku, dzięki którym kosmetyk jest satynowy, niesamowicie leciutki, wspaniałe, naturalne oleje, które pielęgnują, regenerują i odżywiają skórę, olej jojoba i olej z nasion słonecznika, oba wzbogacono także o witaminę młodości - witaminę E oraz oczywiście pigmenty, dzięki którym korektor posiada swój odcień. Są to kosmetyki wegańskie, nie zawierające żadnych substancji odzwierzęcych. Korektory mają idealny, naturalny skład, dzięki temu prócz świetnego kamuflażu, otrzymujemy naturalną pielęgnację, która nie podrażni, nie uczuli, nawet bardzo wrażliwej, delikatnej skóry twarzy. Oba są trwałe i dają świetny efekt ukrycia niedoskonałości, zarówno w strefie oczu, jak i całej twarzy, idealnie trzymają się pędzla i rozprowadzają się po skórze. Mieszczą się w eleganckim, solidnym i poręcznym opakowaniu (4 g) w czarno-białych, firmowych kolorach z wygrawerowanym logo firmy na wieczku z lusterkiem, dodatkowo zapakowano je w luksusowe, biało-czarne kartoniki, z których zasięgnąć możemy informacji o produkcie, odcieniu, producencie, dystrybucji i oczywiście ładnym składzie.
Korektor Lemon Drop, zawiera żółty pigment, ja aplikuję go małym pędzelkiem, przed nałożeniem podkładu, przede wszystkim pod oczy, pięknie ukrywa cienie, wory, widoczne zmęczenie, blizny, czy zasinienia, jeśli macie z tym problem, musicie go mieć. Mi służy on także, jako baza pod cienie do powiek.
Pistachio, korektor z zielonym pigmentem, świetnie ujednolica koloryt całej twarzy, poprzez ukrywanie zaczerwienień, czy rozszerzonych naczynek, w tym wypadku stosuję większy pędzel. Efekt, jaki daje, jest oszałamiający. Naprawdę wspaniale ujednolica cerę i ukrywa czerwone strefy.



Korektory Lily Lolo, idealnie sprawdzą się przy każdego typu cerze, nawet tej bardzo wrażliwej, skłonnej do podrażnień, wyprysków, czy alergii, bowiem nie zawierają żadnych niepotrzebnych, drażniących komponentów zapachowych, nie zapychają porów, działają antybakteryjnie, skóra oddycha i promienieje jesienią. Mają leciutką, satynową, formułę, bardzo przyjemną w aplikacji, genialnie współpracują z innymi moimi kosmetykami i podkładem mineralnym, nie sypią się, są świetnie sprasowane i dzięki czemu bardzo wydajne. Wypróbowałam je zarówno w makijażach dziennych, jak i wieczorowych, zawsze doskonale spełniają swą rolę, wypatrujcie ich w moich propozycjach makijażowych na jesień, dla mnie są po prostu hitem i kosmetycznym must have!




wtorek, 18 września 2018

Tamta dziewczyna - Erica Spindler - Edipresse Książki – Świetny, sensacyjno-kryminalny thriller idealny na jesień!

Wydawnictwo Edipresse Książki, zaskakuje mnogością nowości wydawniczych na tegoroczną jesień, kilka z nich niebawem pojawi się u mnie. Tymczasem, zapraszam dziś Was na recenzję książki, która swą premierę miała podczas tegorocznej zimy.


Tamta dziewczyna - Erica Spindler
Tytuł oryginalny: The Other Girl
Premiera: 28 lutego 2018
Wydawnictwo: Edipresse Książki
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Oprawa: miękka
Ilość stron: 280


Tamta dziewczyna, to książka, której autorką jest słynna Erica Spindler, amerykańska, poczytna pisarka, wpisana na listę bestsellerowych autorów New York Timesa, urodzona w 1957 roku, której książki stały się hitami na całym świecie. Jej słynne thrillery i kryminały z nutą romantyczną, znane są chyba każdemu, Spindler nadal jest bardzo płodna, w mojej biblioteczce, czeka już również, kolejna jej nowa powieść z serii thrillerów paranormalnych The Lightkeepers, czyli Strażnicy Światła - Piątka. Nie ukrywam, iż należę do ogromnego grona fanów tej autorki, zatem jakie emocje zbudziła we mnie Tamta dziewczyna?


Książka wciąga już od prologu, by dalej, szybko mknąć poprzez pięćdziesiąt siedem krótkich rozdziałów, zakończonych epilogiem. Powieść czyta się ekspresowo, chłonęłam ją z wielką przyjemnością, czuć tu ogromne doświadczenie pisarki, lekkie pióro i lekkość z jaką postępuje fabuła. Całość osadzona jest w konwencji thrillera z kryminalnym zacięciem. Miranda Rader, pochodząca z małego miasteczka Jasper dziewczyna, w przeszłości przez najbliższą społeczność traktowana była bez szacunku, ze względu na swój ówczesny styl życia, dziś zaś jest uczciwą i szanowaną funkcjonariuszką policji w Harmony w stanie Luizjana, który przyznacie jest doskonałą scenerią w tego typu literaturze. Miranda przyjeżdża na miejsce zbrodni, został zabity Richard Stark, profesor anglistyki, syn dyrektora uczelni: ofiara leżała na plecach z rozpostartymi i przywiązanymi do słupków łóżka rękami i nogami. (…) Starka kilkukrotnie dźgnięto. Masakrę, miejsce zbrodni i ślady, bada Miranda z partnerem, podejrzewają, iż może być to działanie kobiety. Kto wiec zabił i dlaczego? My cały czas jesteśmy blisko wydarzeń i progresu sprawy, towarzyszymy Mirandzie, która znajduje przy ciele ofiary wycinek gazety, z artykułem, mówiącym o gwałcie na Randi Rader, która tuż po dokonanej na niej zbrodni, zbudziła się w lesie przy kolejnej dziewczynie, którą także porwano. Randi, to Miranda właśnie, przez całe życie pragnie ona odciąć się od tamtej wersji siebie i zapomnieć. Nie zdołała wówczas uratować dziewczyny, śledztwo utkwiło w miejscu, a ona sama została obarczona jedynie utrudnianiem śledztwa, chęcią ukrycia przez policją posiadania wówczas narkotyków i alkoholu. Dziś wspomnienia, uczucia, które wtedy czuła, znów pojawiają się, lecz już w innych okolicznościach. Miranda dogłębnie bada sprawę i znajduje szereg ukrywanych tropów, nie będę zdradzać Wam zbyt dużo, musicie koniecznie przeczytać. Książkę Spindler, pochłania się naprawdę ekspresowo, śledztwo postępuje, a my wciąż szukamy zabójcy i powiązań sprawy z Mirandą, jest tu wszystko, co miłośnicy ciemnych zakamarków literatury lubią najbardziej, szybka, wciągająca akcja, tajemnice i dobrze zarysowani, intrygujący, złożeni bohaterowie, książkowa pozycja obowiązkowa na tegoroczną jesień!



poniedziałek, 17 września 2018

Hit marki Swederm na jesień - Oczyszczająca maska z glinki wulkanicznej - Gotowa maseczka z glinki - Lerosett Mineral Deep Cleanser

W najbliższą niedzielę powitamy piękną jesień! Nie ukrywam, iż kocham ten czas, zwłaszcza, gdy jesień daje nam ciepłe, wspaniałe dni, idealne na jesienne spacery po lesie! W okresie tym, zmieniam też nieco pielęgnację, zaś maseczki z glinki, są u mnie jej stałym elementem, który uwielbiam stosować przez cały rok!


Glinki, to jedna z moich największych miłości w naturalnym, kosmetycznym świece pielęgnacji, kocham je i używam ich od lat, nie tylko do twarzy, ale i do całego ciała. Dają one niesamowity efekt oczyszczania skóry, który doceniam, stosując je regularnie. Dziś na moim blogu, zakróluje wspaniała glinka w formie profesjonalnej maski, gotowej od razu do użycia, oto Oczyszczająca maska z glinki wulkanicznej, czyli Lerosett Mineral Deep Cleanser szwedzkiej, boskiej marki Swederm. Tę unikatową maskę, można zakupić oczywiście w sklepie topestetic, który zawsze polecam z całego serca, jest to naprawdę wspaniałe miejsce, z klasą, znajdziecie tam spory asortyment Swederm, w tym kosmetyki do pielęgnacji i makijażu, ale także inne, najwyższej jakości dermokosmetyki z całego świata, polecam tu także zwrócić uwagę na Academie, Clochee, czy Resibo, ale też inne ciekawe marki, luksusowe preparaty, dobre suplementy, czy zapachy.


Maska Lerosett Mineral Deep Cleanser, ma ładny skład, znajduje się w poręcznej, białej tubce (70 ml), którą dodatkowo zapakowano w kartonik, na nim prócz zdjęcia prezentującego maskę na twarzy, odnajdziemy także informacje o produkcie, właściwościach, firmie oraz jej świetny skład. Maska bazuje na naturalnej glince marokańskiej, która jest mega bogatym źródłem cennych dla skóry pierwiastków, mikro i makroelementów, selenu, żelaza, potasu, magnezu, wapnia i krzemu, glinka wyrównuje koloryt skóry, jej ph, bardzo głęboko i dokładnie oczyszcza, opóźnia procesy starzenia, pobudza krążenie, ujędrnia i wygładza naskórek. Maseczka nie podrażnia mojej mieszanej ze skłonnością do przesuszeń skóry, pięknie rozprowadza się i ładnie się trzyma. Stosowanie maski Swederm, należy dostosować do rodzaju swojej skóry, przy skórze mocno zanieczyszczonej, trądzikowej, tłustej, można aplikować ją nawet codziennie, trzymać do 20 minut i zmyć, po poprawie stanu skóry, można ją tradycyjnie zastosować dwa razu w tygodniu. Przy skórze mieszanej, ze stosowaniem raz lub dwa razy w tygodniu, maska przyniesie efekty, zaś przy cerze suchej, można pokusić się o jej stosowanie punktowe, w miejscach, gdzie pojawiają się niedoskonałości, zabieg powtarzać raz w tygodniu. Ja stosuję ją dwa razy w tygodniu przy cerze mieszanej w kierunku suchej i daje genialne efekty, czystej i zdrowej cery, nie zatyka porów, bardzo dogłębnie oczyszcza. Ma ona postać gotowej już, brązowej pasty z doskonale wyważoną konsystencją, jest bardzo wydajna. Ja nakładam ją nie tylko na twarz, ale także na szyję i dekolt, jeśli znacie już moc maseczek z glinką, na pewno wiecie, iż efekty, jakie dają, to prawdziwa magia. Moja skóra po zabiegu z maską Swederm, jest gładka, miękka i świetnie oczyszczona, musicie ją poznać! Lubicie stosować maseczki z glinki? Macie swoje ukochane? :)

 

czwartek, 6 września 2018

Selfie Project – Łagodny tonik oczyszczający oraz płyn micelarny – Dwa, świetne, delikatne i skuteczne kosmetyki do oczyszczania twarzy!

Nie wiem, jak Wy, ale ja nie wyobrażam sobie codziennego rytuału oczyszczania skóry bez toniku i płynu micelarnego, dziś u mnie piękny duecik kosmetyczny!


Zarówno łagodny tonik oczyszczający, jak i płyn micelarny, to kosmetyki marki Selfie Project. Bardzo polubiłam się z nimi i w ostatnich dniach, używam ich codziennie. Kosmetyki Selfie Project, znajdziecie z w Rossmannie, są to świetne, polskie produkty, nie testowane na zwierzętach, nie zawierają one parabenów, olejów parafinowych, nie znajdziemy tu SLSów, mogą być stosowane przy delikatnych, młodych cerach z niedoskonałościami, ale świetne sprawdzają się też przy dojrzałej już skórze, moja cera mieszana w kierunku suchej, bardzo je lubi i coraz więcej z ich gamy, pojawia się w mojej kosmetyczce. Wizualnie oba zachwycają, czysty i przejrzysty design, zdobi łazienkę i cieszy oko, na toniku widzimy kwitnące wiśnie, na płynie zaś aloes, korespondujący ze składem.



Selfie Project – Łagodny tonik oczyszczający
Tonik otrzymujemy w bardzo pięknej, smukłej, przezroczystej buteleczce (150 ml), z czarną nakrętką z aplikatorem do sprayu, dzięki któremu łatwo i szybko spryskać można twarz, tudzież popsikać płatek kosmetyczny. Na butelczce znajdziemy informacje na temat produktu i jego skład, w który wchodzi ekstrakt z kwiatów japońskiej wiśni, łagodzący i kojący panthenol i allantoina, cynk, kwas migdałowy, kontrolujący serum hydrolizat skrobi kukurydzianej, czy antybakteryjny olej rycynowy. Nie ma tu alkoholu, kosmetyk zapobiega świeceniu się cery, nie podrażnia i nie wysusza. Tonik jest bezpieczny i delikatny, stosuję go do oczyszczenia, ukojenia twarzy po demakijażu, moja skóra jest doskonale uspokojona, miękka i czysta, gotowa na olejowe serum i następnie już krem. Tonik można też z powodzeniem dodawać do maseczek tworzonych z glinki. Obcowanie z nim, uprzyjemnia wspaniały, kwiatowy zapach, nieco egzotyczny, piękny. 


Selfie Project – Płyn micelarny
Płyn micelarny, to kosmetyk, pełniący funkcję oczyszczania twarzy z makijażu i wszelakich zanieczyszczeń. Micelek mieszka w buteleczce o pojemności 250 ml z czarną nakrętką zamykaną na klik, płyn na płatek kosmetyczny wydobywa się bez problemu, przy czym mamy kontrolę nad ilością, jaką chcemy jednorazowo zaaplikować. Jest to kosmetyk dedykowany skórze młodej, lecz doskonale radzi sobie u mnie, przy demakijażu naprawdę mocnych, wieczorowych make`upów. Zawiera on antybakteryjny cynk i łagodzący panthenol, jest tu tez olej rycynowy i sok z aloesu, który koi skórę. Micelek przeciwdziała wypryskom, łagodnie oczyszcza twarz, nie wysusza, nie podrażnia i nie ściąga mojej skóry. Skóra po jego zastosowaniu jest czysta, gładka i miękka. Muszę też wspomnieć o jego ślicznym zapachu, to delikatna, aloesowa, roślinna woń, którą pokochacie na pewno, jak ja. Znacie te kosmetyki? Który z nich bardziej Was intryguje? :)