Dokładnie dziś, zatem w piękny, letni
poniedziałek 20 lipca, swą długo oczekiwaną i zapowiadaną premierę, ma nowa powieść
spod skrzydeł świetnego, cenionego przez mnie Wydawnictwa Szara Godzina, które
wciąż zaskakuje mnie i wszystkich czytelników genialnymi, rodzimymi książkami. Oto
intrygująca powieść Hotel Aurora, której autorką jest Emilia Teofila Nowak.
Marzenia potrafią być niebezpieczne!
Antonina,
na prośbę Grażyny, postanawia udać się w rodzinne strony przyjaciółki. W
malowniczych Sudetach rozpoczyna swoją pierwszą pracę w podupadającym hotelu
Aurora. Już w trakcie podróży poznaje przystojnego pisarza, który od pierwszego
wejrzenia kradnie serce dziewczyny. W hotelu zaś spotyka Mariana, ojca Grażyny,
który z powodu choroby nie daje sobie już sam rady z prowadzeniem biznesu. Czy
w walce ze złym losem jesteśmy bezsilni? A może wystarczy jedna, charakterna osoba,
by odmienić przeznaczenie? Hotel Aurora to ponadczasowa, tragikomiczna opowieść
o niszczycielskiej sile pragnień, o więziach między ludźmi – często
toksycznych. O tym, że świat dla każdego z nas jest zupełnie innym miejscem, a
także hołd dla odwagi i nadziei na to, że prawda i miłość zawsze zwyciężają.

Jest to mój pierwszy raz z autorką, Emilia
Teofila Nowak, urodziła się w 1992 roku, zamieszkuje w Poznaniu, prowadzi
bloga, zachęcając odbiorców do tworzenia i kreatywności, prowadzi także
warsztaty kreatywnego pisania, kocha naturę, biega, praktykuje też jogę. Powieść
Hotel Aurora, nie ukrywam intryguje mnie niesamowicie, zapowiada się bowiem
doskonała, współczesna literatura obyczajowa z nutą humoru, ideał na lato!
Książkę zdobi świetna, przyciągająca oko okładka, już od dziś koniecznie
poszukajcie jej w internetowych i stacjonarnych księgarniach, a w ramach
zachęty zapraszam Was do poczytania ciekawego fragmentu powieści Hotel Aurora!
Hotel ojca
Grażyny nazywał się „Aurora”, tak jak na imię miała Śpiąca Królewna. Nazwa nie wynikała jednak z
zamiłowania obecnie siedemdziesięcioletniego
pana do bajek Disneya. Stanowiła dowód jego
braku kreatywności i kompletnej nieznajomości branży hotelarskiej. Najwięcej bowiem hoteli, jak tłumaczyła
Grażyna, nazywało się właśnie „Aurora”.
– To czemu
w ogóle twój tata otworzył hotel? – spytała Antonina jeszcze przed Lubinem.
– Długa
historia.
– Mamy
jeszcze… Ile? Ze dwie godziny?
Grażyna
skinęła głową i westchnęła ciężko. Między jej idealnie wyskubanymi brwiami pojawiła się pionowa
zmarszczka. Sięgnęła po papierosa i
zapaliła go, a potem wcisnęła więcej gazu i zaczęła swoją historię. Jej ojciec, Marian, był naukowcem. Studiował
w Warszawie, mieście, w którym przyszedł
na świat. Tam poznał też swoją przyszłą żonę,
Barbarę. Barbara w głębokim poważaniu miała studiowanie, zresztą we wczesnym PRL-u trzeba było czegoś
więcej niż zdanej matury, żeby dostać
się na uniwersytet. Barbara poświęcała się sprzedawaniu kwiatów na bazarze. Właściwie Grażyna nie
wiedziała do końca, jak to się stało, że jej rodzice się ze sobą związali, ale
wkrótce po obronie doktorskiej Mariana,
wyjechali za granicę. Do Ameryki Południowej,
gdzie Marian miał prowadzić badania nad wiciowcami, badając chorych z leiszmaniozą*. Tam właśnie
przyszedł na świat starszy brat Grażyny.
Później cała trójka przeniosła się do Afryki,
gdzie Marian wolał podobno spędzać więcej czasu z pacjentami cierpiącymi na drakunkulozę**, niż z własną
żoną i synem.
– Czyli
twój tata to specjalista od chorób pasożytniczych? Doktor medycyny, tak? – upewniła się Antek.
– Jaki tam
z niego lekarz, co ty. Ma doktorat z parazytologii***. Jest biologiem. Wydaje mu się, że wie
wszystko na każdy temat, ale jest biegły
tylko w pasożytach. O nich akurat, naprawdę, wie wszystko. Sam jest jednym z nich… Nie mogę
dziwić się matce, że go zostawiła, ale…
– Grażyna wzruszyła ramionami. – Są siebie warci, chore skurwysyny. Marian i Barbara odwiedzili też Indie i
Australię. Zatrzymywali się w tym czasie
w licznych hotelach. Aż do momentu, kiedy
Marian sam zapadł na chorobę pasożytniczą. Zwykłą, mało orientalną, boreliozę. Stan jego zdrowia nie pozwalał na
kontynuowanie pracy naukowej. W związku
z tym doktor stwierdził, że opracuje zebrane
do tej pory materiały i wyda je w pracy, dzięki której otrzyma tytuł profesora. Zrobi to jednak po
spełnieniu swojego większego marzenia:
założeniu hotelu.– Tak się przyzwyczaił do tych hoteli, że źle się czuł potem w swoim warszawskim mieszkanku. Sprzedał je i
kupił tanią działkę nieopodal Jakuszyc,
z jakąś ruderą pośrodku. Na zboczu góry,
gdzie nawet nie dociera żaden szlak turystyczny. A potem zaczął brać kredyty, jeden za drugim. Początkowo przebywającego na chorobowym
doktora odwiedzało całkiem sporo kolegów
z uczelni i hotel jakoś prosperował. Dawało
to złudne poczucie niedoświadczonemu biznesowo naukowcowi, że interes ma się świetnie. Dlatego brał
kolejne kredyty, a wtedy, na początku
lat dziewięćdziesiątych było to jeszcze łatwiejsze niż teraz. Wszyscy zakładali własne biznesy, a banki
tylko czekały na moment, aż upojeni
wolnością po kilkudziesięciu latach PRL-u, lekko niepoczytalni ludzie zaczną się gubić we
własnych zobowiązaniach. Marian
postanowił zbudować na swoim zboczu góry basen.
W pewnym momencie pojawił się nawet jakiś świrnięty inwestor, który wniósł kapitał na zbudowanie pola
golfowego, ale okazało się szybko, że
miało to być pranie brudnych pieniędzy. Inwestor był związany z warszawską mafią i policja dosyć
szybko go dopadła, a Marian został z
rozkopanym zboczem góry, osuwającym się basenem
oraz wkurzonymi windykatorami. Biedni również ci ostatni. Podjeżdżali autami na tyle, na ile się dało,
ale dalej musieli wspinać się na górę,
co najmniej trzysta metrów, by potem schodzić tą samą drogą w dół, niosąc na swoich barkach
telewizor.
– Jeden z
nich dostał podobno zawału po zejściu i roztrzaskał
skonfiskowaną
ojcu mikrofalę. – Na twarzy Grażyny pojawił się pełen
sentymentu
uśmieszek.
–
Mikrofalę – powtórzyła z namysłem Antonina. – Rozumiem
zatem, że
hotel nie serwuje ekskluzywnego jedzenia?
– Chyba
oszalałaś. Nie dostaniesz nic poza pierogami, które
ze dwa
lata leżą w zamrażalniku. Tobie to będzie pasować, ty opierdolisz wszystkie
pierogi, bez względu na jakość. Co nie, Klusko?