wtorek, 13 lutego 2018

Maseczki do twarzy zwierzątka Animal Mask, żel Bobini, nowa szczotka do włosów i próbki kremów BB – Kosmetyki w mini recenzjach!


Dziś słoneczny, zimowy dzień! Zapraszam Was na moje mini recenzje z nowościami i ciekawostkami :)


Maseczki do twarzy w płacie zwierzątka – Purederm – Animal Masks
Oglądając Wasze buźki w tych koreańskich maseczkach, musiałam się nareszcie na nie skusić. Słynne już animal masks, skradły internety już dawno, dawno, wiec na mnie tez przyszedł czas, skusiłam się aż na cztery wersje, zawitały u mnie: rozjaśniająca lis, uspokajająca panda, odżywcza wydra i nawilżająca tygrys. Zwierzaczkowy wygląd tych masek, to ich zdecydowany atut, w domowym spa, wygląda się bosko. Są to maski w płacie, zatem wyjmując z opakowania, nakładamy płat na całą, oczyszczoną wcześniej twarz i relaksujemy się 20 minut. Po zdjęciu pozostaje esencja, którą wcieramy w skórę, wówczas szybko się wchłonie. Maski są jednorazowe, a każda z nich ma nieco inny, choć bardzo podobny skład. Lisek zawiera ekstrakt z kawy, z ostrokrzewu paragwajskiego, lotosu indyjskiego oraz witaminę C, ciekawy jest tu korzeń lukrecji. Panda, to ekstrakt z miodu, karmelii japońskiej, woda lawendowa, nasiona lnu i kukurydza, mamy tu tez kojący panthenol i allantoinę. Odżywcza wydra, zawiera witaminę E i wyciągi z aloesu i zielonej herbaty, jest tu też kolagen, czy ekstrakt z anyżu. Nawilżający tygrys, zawiera ekstrakt z opuncji figowej, soi, wodę oczarową, ciekawym składnikiem jest ekstrakt z grzybków, zwanych białą, drzewną meduzą, czyli trzęsak morszczynowaty. Składy są naprawdę interesujące, jednakże każda z nich zawiera alkohol, zatem uważajcie, jeśli macie cerę bardzo wrażliwą. Ja polubiłam je i pewnie kiedyś do nich wrócę.
Bobini Baby – Hipoalergiczny żel do mycia ciała i włosów
Żel kupiłam na szybkich zakupach jedzeniowych w markecie, kosztował około 8 zł w promocji. Butelka ma aż 400 ml i praktyczną pompkę. Jest to kosmetyk pielęgnacyjny dla niemowląt i dzieci, lecz ja bardzo lubię tego typu, łagodniejsze kosmetyki stosować w mojej pielęgnacji, bowiem mam skórę skorą coraz częściej do podrażnień. Żel nie zawiera barwinków, silikonów, parabenów, nie ma tu parafiny, PEGów i SLSów. Mamy tu emolienty, ekstrakt z owsa, polisacharyd. Kosmetyk nie wysusza mojej skóry i ładnie oczyszcza ciało, używam go w kąpieli, do tego ma przyjemny, bardzo delikatny zapach, typowy dla kosmetyków dziecięcych.
Drewniana szczotka do włosów Inter-Vion
Włosy po umyciu, gdy są mokre rozczesuję już bardzo długi czas szczotką Tangle Teezer, suche zaś na co dzień, czeszę tradycyjnymi szczotkami. Niedawno nabyłam nową, drewnianą szczotkę. Kosztowała około 15 zł i mam nadzieję, że posłuży mi długo. Jest w miarę lekka, dobrze trzyma się ją w ręku, igiełki są elastyczne i dobrze rozczesują, nie placząc włosów. Spisuje się słowem bardzo dobrze.
Próbki kremów BB
Moim numerem jeden w świecie kremów BB, jest krem Lily Lolo w odcieniu Fair, najjaśniejszym. Przy jego końcówce, postanowiłam spróbować słynnych BB azjatyckich i skusić się na coś nowego. Mam próbki Lioele Dollish Veil Vita BB SPF25 PA++ fioletowy Gorgeous Purple, It's Skin Babyface BB Cream Moisture i Lioele Triple The Solution BB Cream SPF30 PA++. Jak na razie podobają mi te wszystkie trzy i nie wiem, czy będę szukała dalej, czy wybiorę któryś z nich, może Wy znacie je i polecicie coś w tym temacie? :)


czwartek, 8 lutego 2018

Sensacyjny kryminał prosto z Portugalii - Ona śpiewała fado - Fernando Sobral - Wydawnictwo Świat Książki

Mimo, iż mamy w zasadzie dopiero początek 2018 roku, w księgarniach pojawiło się mnóstwo książek, na które zdecydowanie warto zwrócić uwagę. Wydawnictwo Świat Książki, zawsze pozytywnie mnie zaskakuje, wydając tytuły, tak unikatowe jak sensacyjny kryminał z nutą thrillera prosto z Portugalii Ona śpiewała fado autorstwa Fernando Sobral.


Premiera: 17 stycznia 2018
Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginalny: Ela cantava falos
Tłumaczenie: Jakub Jankowski
Oprawa: okładka miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 240
 

Zanim zacznę zachwycać się tą genialną książką, pozwólcie, że naświetlę Wam, dlaczego tak mnie intrygowała od początku zapowiedzi jej wydania w Polsce. Od lat kocham fado, rozkoszuję się w dźwiękach płynących w muzyce cudownych kobiet takich, jak Amalia Rodrigues, czy Mariza, zatem tytuł Ona śpiewała fado, podziałał na mnie wręcz magicznie i na pewno przyciągnie także po prostu miłośników tego pięknego, pełnego melancholii i smutku gatunku muzyki. Powieść jest pięknie wydana, matowa okładka wspaniale nawiązująca do fabuły, przyciągnie Wasze oko, jeśli jesteście, jak ja miłośnikami kryminałów i sensacji we współczesnej literaturze.


Portugalski autor, Fernando Sobral, zabiera nas do pełnego skrajności miasta, jakim jest Lizbona. To tu fado, pośród niepewnej wartości społeczeństwa ma rację bytu i tu właśnie, podczas burzliwej, deszczowej i wietrznej nocy, poznajemy detektywa Manuela da Rosa, który dostaje telefonicznie wiadomość o martwej dziewczynie w kondominium Excelsius Vilage. Od razu udaje się na miejsce, gdzie czeka już młody funkcjonariusz Ruben Dias: - Została dźgnięta. Dwa razy, pod serce. Ale narzędzia, którego użyto, nie ma. To pewnie nóż, tyle, ze zabójca go zabrał. Będący również na miejscu sierżant Mascarenhas, poznaje denatkę, jest nią młodziutka, utalentowana fadystka Maria de Lourdes Moniz, która śpiewała w Cafe Neutral. Zawsze kochała fado. To było dla niej ważne.  


Manuel da Rosa rozpoczyna dochodzenie, rozmawia z jedynym lokatorem kondominium Oscarem Tellesem oraz właścicielami z Lotos Gold Investments, reprezentujących Dream Wale, gdzie przyjmuje go mocno stąpająca po ziemi, Brazylijka Mara Nubia, z którą niespodziewanie zawiera głębszą znajomość. Ona śpiewała fado, od początku do samego końca, wciąga bez reszty, jest to iście rasowy kryminał, który zachwyci miłośników gatunku. Zdecydowanie warto tu zwrócić uwagę na specyficzną narrację, nieco jakby filmową, owianą tajemnicą, wszystko dzieje się w mrocznej, przydymionej atmosferze, z głębi słychać fado, czuć zapach wina, róż, a kryminalna sprawa, która prowadzi Manuel da Rosa, postępuje na naszych oczach.


Ciekawe w powieści są także przemyślenia egzystencjalne, które najczęściej towarzyszą głównemu bohaterowi, kondycja współczesnego człowieka, zagubienie, mijający czas, miłość, zdrada, pieniądze, technika, która nami steruje, tęsknoty, emocje, dygresje świetnie według mnie dopełniają całość książki. Detektyw da Rosa, jest bardzo intrygującą i złożoną postacią, w świecie zbrodni, zdrad i chwiejności ludzkiej, poszukuje również siebie. 


Jeśli jesteście miłośnikami kryminałów w niebanalnej i oryginalnej atmosferze, lubicie dobrą, naprawdę inteligentną współczesną literaturę, Ona śpiewała fado, musi znaleźć się na liście tegorocznych książek na zimowe, długie wieczory, polecam z całego serca!


środa, 7 lutego 2018

Kilka ciekawych kosmetyków – Miks recenzji – Szampon Organic Shop, strzykawka i włosowa kuracja DermoFuture, trio Apisa i trzy lakiery do paznokci Eveline

Mam nadzieję, że tak, jak ja, lubicie tego typu wpisy, gdzie pojawia się kilka, ciekawych kosmetyków na raz.
Zapraszam Was dziś ponownie na mój miks recenzji! :)


Organic Shop - Organiczny szampon do włosów Blue Lagoon algae & clay
Cieszy mnie fakt, że kosmetyki tej, estońskiej, naturalnej marki są obecnie tak łatwo dostępne. Widuję je zarówno w małych sklepach, drogeriach, jak i w dużych centrach handlowych, podobają mi się ich składy, certyfikat BDIH i naprawdę przyzwoite ceny. Szampon Blue Lagoon algae & clay, kosztował około 15 zł (buteleczka ma 280 ml),  naprawdę świetnie się sprawdza na moich kudełkach, mieszanych przy głowie i czasem suchych na końcach. Nie zawiera on SLSów, silikonów i parabenów, mamy tu zaś ekstrakt z listownicy palczastej, czyli algi brunatnej, hydrolizowane proteiny pszenicy, czy glinkę. Szampon świetnie pachnie, świeżo, nieco egzotycznie i ma treściwą, gęstą konsystencję, moje włosy go lubią więc na pewno wypróbuję inne jego odsłony.
Intensywny wypełniacz zmarszczek i Kuracja DF5 Woman przyśpieszająca wzrost i zapobiegająca wypadaniu włosów DermoFuture
Przyznacie, ze kosmetyk w strzykawce robi wrażenie. Ciekawa forma, zaintrygowała mnie na tyle, że poznałam ten produkt. Nakładam go pod krem, na okolice, gdzie mogą pojawić się zmarszczki, na które ma działać, spłycać je i dawać efekt botoxu. Skład kosmetyku jest typowo drogeryjny, no i skusi na pewno tą super strzykawką. Ciekawa jest także kuracja włosowa, z kompleksem przyspieszająca wzrost, działając silnie na cebulki. Trzeba być sumiennym i nakładać kurację codziennie na skórę głowy, po czym trzymać ją 4 godzinki, po czym zmyć tradycyjnie szamponem. Ciekawią mnie inne kosmetyki tej marki, może któreś polecicie?
Trio Vitacare Apisa do pielęgnacji ciała – Peeling, maska i koktajl z żurawiną i jabłkiem
Seria Vitacare, z żurawiną i jabłkiem, zawitała u mnie w postaci maski ujędrniającej, koktajlu i enzymatycznego peelingu. Kosmetyki mają duże pojemności, zatem posłużą długo, doceniam tez pompki. Zabieg domowy, rozpoczynam od peelingu enzymatycznego, nakładam go na całe ciało i masuję, ładnie złuszcza i zarazem ujędrnia naskórek, należy go zostawić na skórze przez 10 minutek i zmyć, następnie nakładam na całe ciało maskę i odpoczywam z nią 20 minut, można się owinąć dodatkowo folią i wzmocnić działanie, po czym zmyć kosmetyk. Na zakończenie nakładam koktajl, który ujędrnia i wygładza skórę. Trio zawiera ciekawe składniki, takie jak ekstrakty z żurawiny, jabłka, siemię lniane, kwas hialuronowy, olej arganowy, czy masło shea.
Lakiery do paznokci Eveline miniMax
Kupiłam aż trzy kolory: krwistą czerwień, którą kocham, tu ma ona numerek 688, słodki róż z numerkiem 136 i piękny turkus 160. Bardzo lubię płaskie i krótkie pędzelki, które ułatwiają i przyśpieszają manicure. Nie mam im nic do zarzucenia, szybko schną i wystarczy pomalować jedną warstwę, by już dawały ładny i pełny efekt. Dają lśniące, ładne wykończenie, utrzymują się dość długo, także pewnie zaopatrzę się w przyszłości w inne odcienie. 
Znacie te kosmetyki? Który wpadł Wam w oko? :)


poniedziałek, 5 lutego 2018

Lily Lolo – Limitowany, przepiękny zestaw trzech mineralnych cieni do powiek Coctail Hour - Mulled Wine, Chocolate Martini i Bucks Fizz – Naturalny makijaż!

Kosmetyki Lily Lolo nigdy mnie nie zawodzą i zachwycają nieustannie. Dziś chcę Was zaprosić w podróż z wspaniałym trio mineralnych cieni do powiek z limitowanego zestawu Coctail Hour!


Zestaw Coctail Hour, to trzy cienie: Mulled Wine, Chocolate Martini i Bucks Fizz, całe trio, to idealny skład i piękna pigmentacja. Cienie Lily Lolo, uznawane są za jedne z najlepszych na świecie i ja przekonałam się o tym na własnych powiekach już długi czas temu, bowiem jestem też szczęśliwą posiadaczką przecudownego cienia Witchypoo, który zachwyca mnie do dziś głęboką, matową, piękną czernią. Kosmetyki tej brytyjskiej marki nie są testowane na zwierzętach na żadnym etapie produkcji, nie zawierają parabenów, produkowane są wyłącznie z naturalnych i mineralnych składników, nie zawierają też sztucznych aromatów, nanoczasteczek, substancji konserwujących. Jeśli zatem cenicie jakość i naturalny skład, lećcie na Costasy po ten limitowany zestawik!
 

Każdy z cieni, otrzymujemy w eleganckim, charakterystycznym dla marki, przezroczystym, malutkim słoiczku (1 g) z tworzywa, zamykanym na czarną nakrętkę z wygrawerowanym logo firmy. Słoiczki z zabezpieczonym sitkiem, dodatkowo zapakowano w różowy kartonik. Cienie z Coctail Hour, zawierają dwutlenek tytanu i tlenki żelaza, pigmenty dają zaś koloru, są bezpiecznym kosmetykiem, który nie uczuli, nie wywoła reakcji alergicznej, nawet przy skłonnych do podrażnień, delikatnych oczach, czy cieniutkiej skórze powiek. Cienie są idealne, bardzo mocno napigmentowane, intensywne, jak czysty pigment, fantastycznie mi się blendują, rozcierają, współpracują z innymi kosmetykami, doskonale można je stopniować, na pewno zobaczycie je w moich makijażach.


Cień Mulled Wine – Błyszczący, karnawałowy, przepięknej urody fiolet, z tonami różowymi przy świetle. Jest delikatny, ale nałożony dwoma, trzema warstwami, pokazuje ostry pazur. Świetny na środek powieki górnej, modny, ciepły i ekstrawagancki kolor.  



Cień Chocolate Martini – czekoladowy brąz z magią błysku, ideał dla każdego koloru oczu, świetny na zewnętrzny kącik powieki, myślę, ze na karnawał, to must have.


Cień Bucks Fizz – Najbardziej uniwersalny odcień z całej trójki, przepiękny i bardzo delikatny. Złoty, nieco nudziakowaty, ma piękne wykończenie, u mnie sprawdza się w makijażach dziennych, ale dopełnia też blaskiem te mocniejsze, wieczorowe. 


Przed aplikacją cieni, nakładam na powiekę bazę pod cienie (obecnie mam z Lavery), jeśli zaś jej nie posiadacie, trwałość przedłuży także podkład, czy korektor, wówczas cienie nie zrolują się, są niesamowicie trwałe i utrzymują się na oku bardzo długo. Są to sypkie cienie mineralne, z bazą jest znacznie łatwiej nad nimi panować, zwłaszcza, gdy rozpoczynacie przygodę z tego typu kosmetykami. Nakładam je pędzelkiem Lily Lolo Eye Blending Brush - ideał do rozcierania i Tapered Eye Brush, który świetnie aplikuje cień także na dolną powiekę. Sypkie cienie mineralne, mogą nam służyć także, jako eyeliner, cień wymieszany z kroplą duraline, żelem hialuronowym, czy po prostu dowolnym hydrolatem, daje nam aksamitny eyeliner, doskonały do kresek. Trio pięknie zdobi moje zimowe makijaże, warto zapolować na ten wspaniały, limitowany zestaw! Znacie cienie Lily Lolo? Lubicie mineralne kosmetyki do makijażu? :)


wtorek, 30 stycznia 2018

Mój książkowy HIT! Woła mnie ciemność - Agata Suchocka - Daję Ci wieczność - Akt 1 - Nowość Wydawnictwa Initium

Dziś u mnie recenzja książki niebywale intrygującej, która wzbudziła moje duże zainteresowanie już w książkowych zapowiedziach Wydawnictwa Initium na 2018 rok, oto Woła mnie ciemność, autorstwa polskiej pisarki - Agaty Suchockiej.


Woła mnie ciemność - Agata Suchocka
Seria: Daję Ci wieczność - Akt 1
Premiera: 14 lutego 2018
Wydawnictwo: Initium
Oprawa: miękka
Ilość stron: 384


Woła mnie ciemność, to pierwszy tom, genialnie zapowiadającej się serii Daję Ci wieczność. Książka zakróluje na półkach księgarni już niebawem, bo 14 lutego, zatem koniecznie jej wypatrujcie, bo sama okładka to istny miód na moje serce. Koronki, krwista szminka i bladość kobiecej skóry, idealnie oddają klimat i fabułę powieści, myślę, że obok takiej oprawy nie sposób przejść obojętnie. Mam nadzieję, iż będzie mi dane poznać też planowane już, kolejne tomy tejże serii, bowiem nie ukrywam apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wydawnictwo Initium, wydało Woła mnie ciemność, w nowej, rozszerzonej formie, całość ucieszy na pewno nie tylko miłośników ciemniejszych zakamarków współczesnej literatury, do których nie ukrywam z przyjemnością należę, ale także tych, którzy szukają w książce czegoś, co pozostawi w czytelniku swoje kiełkujące ziarno na dłużej.


Jako nastoletnia fascynatka ogólnie pojętych tematów mroczniejszych, na swych półkach miałam wówczas książki Mastertona, Lovecrafta, Stokera, na studiach polonistycznych, prócz oczywistej literatury pięknej, przyszedł u mnie czas także na kolejną klasykę, czyli Edgara Allana Poe, czy Le Fanu, minęło już sporo czasu, zawsze zaś godne miejsce, pośród tego typu literatury zajmowały u mnie książki Anne Rice, a dlaczego o niej wspominam? Woła mnie ciemność bowiem, ma według mnie korzenie właśnie tu, z oparów XIX-wiecznego Londynu, wyłania się nam Armagnac Jardineux, pochodzący z Luizjany, młody poszukiwacz nietuzinkowych emocji i zdarzeń.


Armagnac, jest potomkiem arystokratycznych, zamożnych plantatorów bawełny i trzciny cukrowej, jego dziadkowie zaś byli słynnymi potentatami winiaków. Obecnie jednak nie ma grosza przy duszy, a dostatnie życie młodzieńca, płynące pod znakiem elitarnego wykształcenia, zabaw i uciech, jest już jedynie wspomnieniem, wojna zniszczyła bowiem cały dorobek rodzinny, a on sam, z dumą w sercu, wspomnieniami o ukochanej rodzinie i babce Blanche Avoy, pozostaje w Londynie, by tu właśnie odnaleźć dalszy sens i zarobić na swoje utrzymanie. Jest utalentowanym pianistą, z wirtuozerią gra na pianinie, to muzyka zawsze niosła go przez życie: (…) skupiłem się na zgłębianiu tajników muzyki, która otaczała mnie od małego, (…) Nieraz zasypiałem na szezlongu, słuchając smutnych melodii wygrywanych przez moja matkę  na rzeźbionym, sprowadzonym z Północy fortepianie (…).
 

Powieść pisana po części w formie swoistego monologu, pamiętnika z licznymi, dynamizującymi dialogami, szybko powoduje, iż mocno zżywamy się z bohaterem, jesteśmy z nim od początku, jesteśmy zawsze gdzieś obok, jesteśmy w nim. Armagnac opowiada nam w kameralny sposób, jakby tylko dla nas, co działo się po tym, gdy stracił rodzinę i finansowe wsparcie. Grając w barze, w nieco alkoholowym upojeniu, spotyka młodego skrzypka Lothara Mintze, w duecie postanawiają uskuteczniać muzyczne, zarobkowe występy, to dla Armagnaca (…) nowy początek – życie, które utraciłem, zanim zdążyło się na dobre zacząć.


Historia Armagnaca, niesamowicie wciągnęła mnie od pierwszej karty powieści i nie zdecydowanie zwolniła tempa aż do końca, a wręcz odwrotnie. Armagnac, zawierając znajomość z Lotharem, poznaje jego mecenasa, jest nim Lord Edgar Francis Huntington, tajemniczy, hipnotyczny i dystyngowany mężczyzna, który pomimo swej sporej historii, wygląda, jak młodzieniec: Niewysoki, smukły, odziany w czerń, o gładkiej twarzy okolonej jasnymi włosami (…). Lord jest zachwycony upojną grą muzyka, który po śmierci ciotki, ostatniej krewnej, pozostając sam na świecie, decyduje się udać pod opiekuńcze skrzydła mecenasa Huntingtona i u boku utalentowanego, interesującego Lothara, zdobywać pieniądze, sławę oraz rządze dusz. Z czym wiąże się jednak ta podjęta w zasadzie za niego decyzja? Musicie sami przeczytać i przeżyć te niesamowite emocje!


Zdradzę Wam, iż Woła mnie ciemność, jest książką, którą w istocie szczerze pokochałam, mamy początek roku, a ja mam już tytuł, który na pewno znajdzie się na liście moich książkowych hitów 2018. Jest to zdecydowanie powieść dla miłośników dobrej, współczesnej literatury, która nawiązuje do klasyki powieści gotyckich, wampirycznych i ciemniejszych zakamarków, książka zachwyci też tych, którzy poszukują w książce nowych doznań, poruszenia zmysłów i nietuzinkowych, emocjonalnych fal. Z ogromną niecierpliwością czekam na kolejne tomy serii Daję Ci wieczność, nadal rozkoszując się pierwszym aktem historii Armagnaca Jardineux, który i Wam bardzo gorąco polecam!


środa, 24 stycznia 2018

Mój przepis DIY – Lecznicza, zielona, zimowa, domowa maść laurowa z masłem shea, olejem neem i olejkiem goździkowym – na bóle stawów, mięśni i problemy skórne!

Zapraszam dziś Was ponownie do tworzenia swoich kosmetyków, poznajcie mój przepis na leczniczą, zieloną, zimową, domową maść laurową z masłem shea, olejem neem i olejkiem goździkowym.


Moja maść, jest ideałem na zimę, pielęgnuje i przede wszystkim chroni skórę przed mrozem i wiatrem, świetna do całego ciała, jest mieszanką, którą bardzo polecam przy bólach mięśniowo-stawowych, pięknie rozgrzewa, olej laurowy, w postaci masełka roślinnego wraz z słynnym masłem shea, zadziała antyseptycznie, złagodzi stany zapalne, a nawet małą opuchliznę. Olej neem z miodli indyjskiej, jest doskonały do skóry zniszczonej, suchej, jest bardzo specyficznym i oryginalnym olejem, wspaniale zmiękcza skórę i wygładza ją, wykazuje działanie bakteriobójcze i grzybobójcze, w połączeniu z olejkiem goździkowym, zawierającym eugenol, mamy tu bombę dobroczynną na reumatyzm, bóle stawów i mięśni na przykład po silnym treningu.


Jak stworzyć taką, jak moja maść? W kąpieli wodnej, połączyłam jedną dużą, czubatą łyżkę masła shea, z także dużą, czubatą łyżką oleju laurowego, do tego dodałam pięć pompek oleju neem i osiem kropelek olejku goździkowego. Całość po roztopieniu, wlałam do pojemniczka i odstawiłam w zimne miejsce do ostygnięcia. Mam nadzieję, ze przepis na maść przyda Wam się i spróbujecie ją wykonać, skompletujcie wiec składniki i do dzieła! :)


sobota, 20 stycznia 2018

Nawilżający, apteczny krem ochronny na dzień - Hydraline Dermena Skin Care z Molekułą Regen 7

Po jakie kremy sięgacie zimą? U mnie są to zdecydowanie treściwe składowo i posiadające właściwości ochronno-nawilżające kosmetyki. Dziś u mnie krem polskiej marki aptecznej, której produkty zawsze świetnie współgrają z moją skórą.


Linia Hydraline Dermeny, zadebiutowała u mnie mleczkiem do demakijażu, które naprawdę bardzo polubiłam, zarówno mleczko, jak i krem świetnie spełniają swą rolę, nawilżając i wzmacniając moją skórę w tym szczególnym dla cery, okresie zimowym. Kremik zawiera ciekawe składniki, charakterystyczna dla marki Molekuła Regen 7, to substancja pochodzenia witaminowego, aktywator epidermalnego kwasu hialuronowego, pantenol, alantoina, polisacharyd, olejek bawełniany. Zawiera także filtr UVA/UVB z SPF 10.


Nawilżający krem ochronny na dzień, otrzymujemy w smukłej, pionowej, białej tubce, zawierającej 50 ml kosmetyku. Opakowanie zabezpieczone jest dokładnie przed otwarciem. Dozowanie kremu jest zawsze higieniczne, mamy także pewność, iż kosmetyk zużyjemy do ostatniej kropli. Dodatkowo tubkę umieszczono w tradycyjnym dla marki niebieskim kartoniku z przydatną ulotką. Krem przeznaczony jest do stosowania na dzień i tak właśnie go używam, działa przede wszystkim nawilżająco i odżywiająco, wygładzając skórę, działając ochronnie, wzmacnia barierę lipidową naskórka. Jest idealny pod makijaż, świetnie się wchłania, pozostawiając moją skórę gotową na podkład mineralny.
 

Jeśli macie skórę w kierunku suchej, jak ja, na pewno będziecie zadowoleni z kremu, jest on także przeznaczony dla osób z cerą problematyczną, odwodnioną, skłonną do podrażnień i łuszczenia. Ma delikatną konsystencję, ładnie rozprowadza się po skórze i szybko wchłania. Zarówno mleczko, jak i krem Hydraline, spowodowały, iż mam zdecydowanie chęć poznać pozostałe kosmetyki z tejże linii. Znacie ten krem? Jakie kosmetyki z apteki ostatnio udało się Wam upolować? :)